angeltown

greetings from california

  • Witaj na Angeltown! Zerknij do przewodnika, który pomoże Ci zapoznać się z forum.
  • Los Angeles Weekly: przeczytaj drugi wpis.
  • Mamy jedenaście miesięcy! O tym oraz kilku zmianach w ekipie przeczytacie w najnowszym ogłoszeniu.
  • up
    down



    Poprzedni temat «» Następny temat
    Autor Wiadomość
    Angeltown

    west hollywood
    9 lat/a
    180 cm
    California deserves whatever it gets.
    Californians invented the concept of life-style.
    This alone warrants their doom.



    city of angels
    To capture a California sunset in South Pasadena is to hold an angel's wings with bated breath.
    2019-06-22, 20:12




    Connor Doherty

    bel air
    26 lat/a
    187 cm
    Is it late enough?
    For me to come and stay over
    'Cause my body is calling for you



    Connor Doherty
    They say "all good boys go to heaven" but bad boys bring heaven to you
    2020-03-25, 21:34

    005 + ciuszek pracowniczy

    Dzień jak co dzień pomyślał wchodząc do hotelu tylnym wejściem dla personelu. Podszedł do swojej szafki i przebrał się w normalny mundurek, który przynależał do dress code hotelu. Z początku czuł się max zażenowany pracując w takich ciuchach, ale po dzięki zgodzie menagera nieznacznie podrasował strój i, co najważniejsze i najbardziej go ucieszyło, pozbył się tej okropnej czapki. Czuł się w niej jak jakiś pielgrzym czy inny żydek. Oczywiście nikomu nie umniejszając. Po prostu nie czuł się sobą, a skoro musiał spędzić tam niemalże cały dzień to miło byłoby, gdyby mógł chociaż komfortowo poruszać się po swoim miejscu pracy - bez zażenowania i skrępowania.
    Tak jak przewidywał - nie działo się zbyt wiele. Przez panujące ogólnie poruszenie panującym na świecie wirusem niewiele osób miało na tyle odwagi, aby nocować w samym siedlisku wszelkich bakterii i nie wiadomo czego jeszcze. Oczywiście, hotel był sprzątany na bieżąco, ale pieron jeden wie co kto przyniesie na sobie, lub ewentualnie w sobie, kiedy przekracza próg The Westin Bonaventure. Sam Connor nie mógł być pewien, że uniknie zarażenia skoro w dalszym ciągu normalnie pracował. Również w drugiej pracy, w której narażony był pewnie znacznie mocniej niż w tej tutaj. W końcu w klubie jest ciągła rotacja, a pomiędzy jedną a drugą osobą często nie ma nawet kilku centymetrów odstępu nie mówiąc już nawet o półtora czy trzy metrowym.
    Niczego się nie spodziewając ani z całą pewnością niczego nie podejrzewając stał sobie przy recepcji dyskutując z menagerem. Opowiadał mu świetną anegdotkę o gościach, których chwilę temu wymeldował. Byli okropnie nieznośni i wymagający, a pozostawili po sobie taki syf jakby wszystko było im wolno. Connor nie mógł wyjść ze zdumienia, kiedy spotykał na swojej życiowej drodze takich ludzi. Trochę pieniędzy więcej na koncie i człowiekowi tak palma odbijała.. Coś niesamowitego. Zerknął przez ramię dostrzegając Hyacinth wyłaniającą się zza rogu. Często wpadała z różnymi słodkościami z tej swojej cukierni niedaleko. Pewnie ktoś znowu zamówił jakieś wygórowane przekąski.
    - Kogo moje piękne oczy widzą - zagaił, widząc niezadowolenie dziewczyny związane z jego osobą. Uśmiechnął się szeroko kiwając na odchodne menagerowi, który rzucił, że musi wracać do biura, po czym podszedł bliżej niej. - Stęskniłaś się? To dla mnie? - spojrzał na kartonowe pudełeczka ze słodkościami, którymi była obładowana. Nie zamierzał jej pomagać. Nawet nie dlatego, że nie była gościem i to nie leżało w jego obowiązkach, ale po prostu dlatego, że jakoś niespecjalnie za nią przepadał. Ona pewnie za nim też, niejeden raz odczuł to na własnej skórze. Nie, żeby w ogóle się tym przejął. Zaplótł ręce na piersi, a jedna z jego brwi uniosła się ku górze, kiedy oczy mierzyły sylwetkę brunetki od stóp po sam czubek głowy. Była całkiem ładna, nawet w jego typie. Niestety charakter był czymś czego nie dało się przeskoczyć. I nie mówię tutaj o jej charakterze, a o tym paskudnym Connora.
    played by moony
    multikontaHar Cliffort, Bitty Crompton



    Hyacinth Speckhart

    malibu
    25 lat/a
    176 cm
    Kelnerka w El Paissa / fałszerz dzieł sztuki
    Wszystko mnie modyfikuje
    ale nic nie zmienia



    Hyacinth Speckhart
    The whole world sitting on a ticking bomb
    2020-03-26, 02:41

    #40

    Cukiernia przeszła na tryb dowozów. Dotychczas rzadko stosowała taką praktykę, była to bardziej opcja dla specjalnych klientów, ewentualnie jako słodkie zaopatrzenie podczas bankietów, czy innych imprez firmowych w hotelach. Od czasu do czasu, gdy Hya miała po drodze, dowoziła frykasy z Zooies, często zyskując tym samym kilka dodatkowych dolarów za fatygę. Teraz, gdy odpadła praca z klientem, a Speckhart mimo to otrzymywała normalną pensję, rola kuriera wydawała się być jej nowym obowiązkiem. Gdyby nie nuda związana z uziemieniem w domu, pewnie kręciłaby nosem na taką fuchę, bynajmniej nie wpisaną w jej umowę z cukiernią, ale czego nie zrobi się, by trochę się poruszać i przerwać codzienną, dobijającą rutynę.
    W hotelu, do którego miała dostarczyć wypieki, była już kilka razy, lecz dopiero niedawno wpadła tam na Connora, którego nie darzyła sympatią (jak zresztą większość społeczeństwa, więc nie wyróżniał się szczególnie na jego tle). Pech chciał, że to on musiał wskazać jej drogę do sali, gdzie miała rozstawić przywiezione rzeczy, więc przebywanie w jego jakże uroczym towarzystwie, niestety trwało dłużej, niż Hya by zakładała. Tym razem liczyła jednak, że może chłopak padł już gdzieś trupem przygnieciony ciężarem zmienionych chorobowo płuc, więc nie natrafi na niego (przecież nie był jedynym pracownikiem!), a już na pewno nie tak szybko. To jednak nie był jej szczęśliwy dzień i kiedy tylko udała się w stronę recepcji, nadziała się nie na kogo innego, jak na swojego ulubieńca.
    Przewróciła oczami, kiedy tylko usłyszała to jego zuchwałe powitanie.
    - Widziałam piękniejsze oczy, ot chociażby dziś w lustrze - skomentowała na tę jego powitalną zaczepkę i wyjrzała zza pudełek, chcąc ocenić, czy może liczyć na pomoc kogoś innego we wskazaniu drogi, gdzie tym razem ma dostarczyć słodycze.
    Westchnęła, słysząc, że to nie koniec jego zaczepek, irytujących jak diabli!
    - Och, nie chciałbyś się przekonać, jak bardzo… - powiedziała znudzonym głosem. - Uwierz, że gdyby to było dla ciebie już dawno miałbyś prawdziwe niebo… na gębie - dodała uszczypliwie, nie mogąc darować sobie tych słownych przepychanek.
    Dostawa z Zooies ciążyła jej coraz bardziej, ale choćby miała pęknąć, to nie poprosiłaby o pomoc tego dupka. Dlatego też, lekko poruszyła pudłami, by poprawić ich stabilność, tym samym jakoś inaczej rozłożyć ciężar.
    - Mam to dostarczyć do apartamentu - poinformowała, chcąc mieć to już z głowy. Podała numer pokoju, oczekując, że Connor mimo wszystko nie zapomni, że jest w pracy. - Zaprowadzisz mnie tam, z łaski swojej, pięknooki? - zapytała z kpiną, szczególnie zaakcentowaną w ostatnim słowie, które po tym jak padło z ust Speckhart brzmiało jak obelga, a nie całkiem miły komplement.
    played by Okamgnienie
    multikontaRufus



    Connor Doherty

    bel air
    26 lat/a
    187 cm
    Is it late enough?
    For me to come and stay over
    'Cause my body is calling for you



    Connor Doherty
    They say "all good boys go to heaven" but bad boys bring heaven to you
    2020-03-28, 00:33

    The Westin Bonaventure Hotel & Suites był hotelem czterogwiazdkowym. Przypuszczam, że jedyne czego brakowało im do tej nieszczęsnej piątek gwiazdki to kilku drobnych udogodnień. Choć ciężko byłoby sobie wyobrazić, aby w takich luksusach czegokolwiek brakowało. Nowoczesny basen, siłownia z wysokiej jakości sprzętem czy przepyszna kuchnia z poważanym i dosyć znanym szefem kuchni. Tak czy siak w całym tym luksusie błąkał się Connor, za którego już z góry odjęłabym im gwiazdkę. No, może pół zważając na to, że teraz wozi się czarnym camaro, a w szatni zdejmuje złoty zegarek, aby stwarzać pozory biednego chłopca. Tacy dostają większe napiwki - sprawdzone, przetestowane i potwierdzone.
    Tą dwójkę łączyło zdecydowanie więcej aniżeli sami mogli by przypuszczać. Chociażby ogólna niechęć skierowana w stronę całego społeczeństwa. Nie wiem skąd wzięła się ona u Hya, ale u Connora zaczęło się to już lata temu, kiedy był jeszcze młodym szczylem. Pewnie za czasów szkolnych. Nikt przecież nie lubi być szykanowanym ze względu na stan majątkowy rodziny, co nie? A tak się składała, że ta Doherty'ego ledwo wiązała koniec z końcem. Bywały lepsze miesiące, kiedy ich matka świeżo dostawała kopertę z pieniędzmi od swojego byłego i te gorsze, kiedy w tajnej skrytce zaczynało świecić pustkami, a wypłata również pozostawała niewystarczająca. Dopiero kiedy obydwoje, Connor z bratem, zaczęli dorabiać i dorzucać kilka groszy do codziennego życia okazało się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Później natomiast przyszedł czas na chorobę matuli, a ta zmusiła ich do wcielenia w życie planu, który dotychczas zagrzewał miejsce na dnie szuflady ich wspólnej komody.
    - Skoro więc są takie piękne sugerowałbym nie przewracać nimi na prawo i lewo. Szkoda byłoby, gdyby Ci wypadły. - uśmiechnął się złośliwie. Z tymi loczkami i delikatnie zarysowanymi dołeczkami w policzkach wyglądał zupełnie jak dzieciak, a nie dwudziestosześcioletni mężczyzna. Właśnie ta cecha sprawiała, że był bardzo niepozorny, a przez to i bardziej niebezpieczny. Bo kto powiedziałby, że te mięśnie wyrabia nie na siłowni, a na treningach wszelakich sportów walki? Wystarczył jeden jego ruch, aby położyć nawet najbardziej opornego agresywa spod klubu.
    Westchnął z rozmarzeniem uśmiechając się czarująco pod nosem, kiedy jego dłonie zaplatały się z tyłu jego głowy. - Uwielbiam te nasze rozmowy, kwiatuszku - wyznał szczerze, bo nawet, jeśli był to sarkazm to tylko w połowie. Takie słowne popychajki robiły mu dzień i z automatu poprawiały humor nawet, jeśli już wcześniej miał całkiem niezły. Był dobry w te klocki, a kiedy ktoś próbował mu dogryźć zwykle kończyło się to jego wygraną. No chyba, że chciał przegrać, a odkąd Brinley pojawiła się w części jego planu często musiał się podkładać i robić słodkie minki, aby uznała go za dobrego człowieka, godnego jej zaufania. Nie musiała przecież wiedzieć, że już dawno sprzedał duszę diabłu za złoty zegarek jej ojca, który, swoją drogą, był również jego biologicznym tatusiem. Och, niczym moda na sukces.
    - Droga wolna, na co czekasz? - parsknął w zamian za jej niemiłe słowa. Czemu myślała, że skoro tutaj pracuje to jego obowiązkiem jest jakakolwiek pomoc jej? Miał pomagać gościom w tachaniu ich bagaży, a szczerze wątpił, aby Hyacinth kiedykolwiek było stać na chociażby jedną dobę w takim hotelu jak ten. Ceny mieli z pewnością wygórowane nawet, jeśli wszystko wyglądało bardzo drogo i luksusowo. Cztery gwiazdy do czegoś zobowiązywały i jak tak sobie myślę to jednak mieli pięć, bo Connor był piątą, hehs. Finalnie jednak przewrócił oczami i przeszedł obok dziewczyny niby w celu zaprowadzenia jej do odpowiedniej windy, a później i apartamentu, ale po drodze wytrącił jedno pudełko z jej ręki. W ostatniej chwili jednak je złapał i wyglądało to na zupełny przypadek choć był to kolejny z jego misternych planów bowiem brunetka mogła zobaczyć jak ratuje część zamówienia, a tego, że sam przyczynił się do jego upadku już nie. - Masz szczęście, że byłem w pobliżu - ocenił. - Lepiej oddaj mi te pudełka, bo zaraz zrzucisz kolejne - prychnął, nie czekając na jej pozwolenie, a po prostu wyciągając kartoniki z jej uścisku. Właśnie w taki sposób zachowywał się jak dupko-dżentelmen. Sam mimochodem do powstania powodu, który pozwoli mu na miłe zachowanie, które w oczach otoczenia pozostanie jako czyn konieczny. Nie chciałby przecież, aby ktokolwiek uznał go za pomocnego. Grubo bez przesady. Ruszył przed siebie w kierunku wind po czym kliknął jedną z nich przywołując ją w ten sposób na parter. Wszedł do środka i wtedy dostrzegł ociągającą się dziewczynę. - Idziesz czy co? - zawołał posyłając jej jakieś takie krzywe spojrzenie. Nie mógł wybrać odpowiedniego piętra dopóki nie podała mu numeru pokoju.
    played by moony
    multikontaHar Cliffort, Bitty Crompton



    Hyacinth Speckhart

    malibu
    25 lat/a
    176 cm
    Kelnerka w El Paissa / fałszerz dzieł sztuki
    Wszystko mnie modyfikuje
    ale nic nie zmienia



    Hyacinth Speckhart
    The whole world sitting on a ticking bomb
    2020-03-28, 14:39

    Spędzając dzieciństwo w Houston, pod skrzydłami matki i ojca, a także wpatrując się w postawę starszego kilka lat brata, Hyacinth była zwyczajnym beztroskim dzieciakiem, któremu wydaje się, że marzenia są na wyciągnięcie ręki, dlatego warto dążyć ku ich spełnieniu. Wsparcie, które otrzymywała od najbliższych, pomagało rozwijać talenty i cieszyć się z tego, co jest... do czasu...
    Huragan, który nawiedził wschodnie wybrzeże pogrzebał nie tylko jej przyszłość u boku rodziców, którzy zaginęli (i do dziś nie odnaleziono ich szczątków), ale przede wszystkim pozbawił Speckhart tej beztroski, składając na jej barki jarzmo zmartwień, tajemnic i całkowitej zmiany zachowań, którą wymusiło życie w Los Angeles pod pieczą dziadka-fałszerza, z którym nie od zawsze rodzeństwo Speckhart miało dobry kontakt. Od trzynastego roku życia Hya musiała przestać całkowicie ufać ludziom, bo nie mogła zdradzić tego, czym po godzinach zajmuje sie dziadek, który to, wyłapując jej talent, coraz więcej angażował wnuczkę do nielegalnej fuchy, która przynosiła całkiem sensowne zyski i pozwalała na życie na poziomie, bez obaw o braki w kasie. Nie było więc na co narzekać, a to, że Hyacinth zaczęła ludzi trzymać na dystans, odstraszać złośliwością i zuchwalstwem, a także praktycznie do nikogo się nie przywiązywała, by w razie czego nie miała oporów, gdy przyjdzie jej zniknąć po przybraniu nowej tożsamości gdzieś na końcu świata... wydawało się niewielką ceną, którą przyszło jej zapłacić.
    - Gdybym nimi nie przewracała, to pewnie byś ich nie zauważył, a tak, popatrz! Widzisz coś więcej niż czubek własnego nosa, wooow - zakpiła, uśmiechając się przy tym przesadnie milutko. Zdawała sobie sprawę, że takie ich przepychanki to istna dziecinada, która była akceptowalna, kiedy mieli lat naście, a nie teraz, kiedy przekroczyli ćwierć wieku i powinni jednak zachowywać się jak dorośli. Ale to wszystko jego wina, mógł jej nie prowokować!
    W ustach niektórych osób kwiatuszku brzmiało jak obelga. Dobrze wiedziała, że jej imię jest ułatwieniem do pogrywania sobie z nią w ten sposób, ale zazwyczaj dobrze się to dla żartownisiów nie kończyło. Raz nawet przez to Hya wylądowała na komendzie, bo za mocno przywaliła dryblasowi między innymi za ten zwrot. Miał więc Connor szczęście, że ręce miała w tej chwili zajęte...
    - Bez wzajemności - odburknęła, chowając się gdzieś między pudełkami, by nie pokazywać, jak bardzo nie lubi tego zwrotu, bo przecież znając życie, Doherty by ją nim katował, wiedząc, że to ją wkurza.
    A to spieprzaj! - powiedziała w myślach, ruszając przed siebie. Choćby miała iść schodami i przystawać na każdym piętrze, to trudno - nie będzie go błagać o jakąkolwiek pomoc! Poradzi sobie! I miała zamiar te motywacyjne myśli wcielić w życie, gdyby nie zachwianie pudeł. Wyrwało jej się ciche przekleństwo, bo tylko tego brakowało, by się tu wyłożyła przed Connorem... który tak niby przypadkiem był tuż obok. Hyacinth zmrużyła oczy i w pierwszej chwili wcale nie zamierzała powierzać mu dostawy, ale ręce już ją na tyle bolały, że właściwie czemu nie skorzystać z tej pomocy.
    - No nie wiem. Umyłeś rączki? Cholera wie, gdzie je wcześniej trzymałeś albo może raczej... co w nich... - dogryzła mężczyźnie, a tuż po tym z ulgą roztarła przedramiona, które wcześniej obarczone były tym słodkim ciężarem.
    Szybko dołączyła do ponaglającego ją, zadzierając przy tym nosa.
    - Nie mogłabym odmówić sobie patrzenia, jak się z tym wywalisz - powiedziała. Podała też numer apartamentu. - 1013, nie wiem które to piętro. Dziesiąte? - zapytała, niezbyt przekonana, że od kondygnacji budynku zależy numeracja pokojów VIPów.
    played by Okamgnienie
    multikontaRufus



    Connor Doherty

    bel air
    26 lat/a
    187 cm
    Is it late enough?
    For me to come and stay over
    'Cause my body is calling for you



    Connor Doherty
    They say "all good boys go to heaven" but bad boys bring heaven to you
    2020-03-29, 15:53

    Doherty nie był dzieciakiem wielu talentów. Właściwie obawiam się, że może nawet żadnego nie ma. Jedyne co potrafił robić to to, co przez dziewięć lat pracy nauczył się właśnie w tym hotelu. No może poza tym były jeszcze te sztuki walki, które faktycznie szybko łapał, a które jednocześnie uważał za przydatne w codziennym życiu. Dlatego też od razu skreślał je z listy jakichś niesamowitych osiągnięć czy umiejętności nawet, jeśli faktycznie było się czym chwalić.
    Rodzinne perypetie Connora były na tyle zagmatwane, że nikt poza jego rzeczywistą rodziną nie miał o nich pojęcia. No, poza Carly, ale ją od wielu lat traktował jak członka rodziny, więc można uznać, że nie do końca się zalicza. Od dzieciaka starał się walczyć o swoje, ale dopiero kiedy dzieciaki naśmiewały się z niego i nazywały biedakiem docierało do niego, że po dobroci niczego nie da się w tej kwestii rozwiązać. Nie, kiedy nic nie robili sobie z ranienia drugiego człowieka głupimi żartami. Wtedy też postanowił, że w przyszłości stanie się kimś, kogo po prostu nie będą mieli odwagi zaczepiać. No i udało się. Już jako nastolatek dużo ćwiczył ciągnąc wszędzie za sobą młodszego brata. Nie stać ich było na siłownię, więc biegali dwa razy dziennie, rano i wieczorem, aż w końcu mama uznała za świetny pomysł zapisanie ich na boks czy inne karate. Już całkiem później jako trening mógł niejako potraktować pracę boya hotelowego, gdzie już jako siedemnastolatek musiał dźwigać ciężary. No i teraz wyglądał jak wyglądał. Miał masę pary w łapach, a jego ciało było godne uwiecznienia na okładce playboya. Pomijając fakt, że na takie upokorzenie zgodziłby się tylko za naprawdę wysokie pieniądze.
    - Więc robisz to, aby zwrócić moją uwagę - zauważył, łapiąc ją za słówko, a nawet za całe zdanie. Posłał nawet sugestywne spojrzenie w jej kierunku, aby uświadomić jej, że powinna bardziej uważać na to, co przy nim mówi, bo dokładnie wszystko może zostać użyte przeciwko niej. Tak jak teraz.
    Gdyby próbowała ukarać go fizycznie za użyty pseudonim to sama mogłaby skończyć na SOR'ze. Oczywiście Connor nie zrobiłby jej krzywdy, ale w obronie własnej mógł napiąć mięśnie, a że były twarde jak stal to jej pięści mogły tego nie przetrwać. Nigdy jakoś specjalnie nie chwalił się swoją siłą czy budową ciała, ale był świadom, a to wystarczało, aby przewrócił oczami na szczupłe metr siedemdziesiąt sześć Hyacinth. Nijak nie miała z nim szans, więc pudełka z dostawą były pewnego rodzaju przestrogą i lepiej dla niej, że faktycznie trzymała je całą sobą.
    - Zagrywki godne piątoklasistki - prychnął zupełnie ignorując fakt, że chwilę wcześniej sam zachowywał się w podobny sposób. To jednak nijak nie miało znaczenia kiedy z łatwością przechwycił pudełka brunetki. U niego były zdecydowanie bezpieczniejsze niż w jej chyboczących się ramionkach. - Musiałbym być Tobą. - i o tym mówiłam. Kiedy Speckhart łaskawie wtoczyła swoje cztery litery do windy Connor kliknął odpowiednie piętro. Kilka sekund później drzwi rozchyliły się, a on nie czekając na nią ruszył w odpowiednim kierunku. W końcu zatrzymali się przed drzwiami z numerkiem 1013. Spojrzał w kierunku Hya i uśmiechnął się głupio. - Mam uniwersalną kartę do wszystkich pokojów, ale, jak widzisz, mam kompletnie zajęte ręce, więc będziesz musiała włożyć swoją rękę do kieszeni moich spodni i wyjąć ją. Jesteś w stanie to zrobić czy to przerasta Twoje możliwości? - zagaił zaczepnie, posyłając jej wyzywające spojrzenie. Jakby nie było musiała go dotknąć, a chwilę wcześniej z obrzydzeniem wspominała o jego umytych rączkach. Karma wraca!
    played by moony
    multikontaHar Cliffort, Bitty Crompton



    Hyacinth Speckhart

    malibu
    25 lat/a
    176 cm
    Kelnerka w El Paissa / fałszerz dzieł sztuki
    Wszystko mnie modyfikuje
    ale nic nie zmienia



    Hyacinth Speckhart
    The whole world sitting on a ticking bomb
    2020-03-30, 02:56

    Miała wielką ochotę popukać mu w głowę, gdy usłyszała, jak obraca kota ogonem. Szkoda, że w tym czasie miała jeszcze zajęte ręce, bo nie zawahałaby się, by wykonać gest, który świadczyłby jak głęboko w poważaniu ma jego uwagę. Nie chcąc dać mu jednak satysfakcji, że zirytował ją swoją zuchwałością, postanowiła pociągnąć ten temat, udając, że dokładnie to miała na myśli…
    - Oczywiście. Teraz dopiero się kapnąłeś? Myślisz, że do innych hoteli też przywożę ciasteczka? No skądże! Tylko tu, żeby móc popatrzeć na te twoje cudne… - zrobiła pauzę zastanawiając się, co powinna wskazać. Doherty do paskud nie należał. Pewnie nawet gdyby Hya się nad tym głębiej zastanowiła, to mogłaby go zaliczyć w poczet mężczyzn, którzy się jej w jakimś tam stopniu podobali, ale bynajmniej nie miała zamiaru przyznawać się do tego głośno, a już zwłaszcza przed samym zainteresowanym! - Eee… loczki - dokończyła, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że przecież gadali o oczach, a nie włosach, więc pewnie znów Connor obróci to na jej niekorzyść, podniecając się, że zauważa też jego włosy. Westchnęła ciężko. Na przyszłość musi bardziej uważać na słowa.
    Prychnęła, gdy ją podsumował.
    - Przyganiał kocioł garnkowi! Ty dopiero zachowujesz się dojrzale, Condziu… - stwierdziła, najsłodziej jak umiała wypowiadając to paskudne zdrobnienie, które może nawet nie pasowało do jego imienia, ale było jakąś odpłatą za tego nieszczęsnego kwiatuszka, którego brzmienie dalej gdzieś tam skręcało ją w środku.
    Wiedziała. Po prostu czuła to w kościach, że poszło za łatwo i tak po prostu nie mogą pójść, załatwić czego trzeba i wrócić do swoich zajęć, tylko czeka ich jakaś niespodzianka autorstwa Connora… Dlatego też, gdy dotarli pod drzwi, a Hyacinth poczuła na sobie spojrzenie mężczyzny i ten jego uśmieszek, czuła że dopiero zaczyna się zabawa. Popatrzyła na niego, jak na głupa, gdy powiedział o karcie w kieszeni i tym, że to ona ma ją wyciągnąć.
    - Ty tak serio...? - zapytała z powątpiewaniem Speckhart. - Marzysz, żebym cię pomacała i dlatego urządziłeś takie podchody zabierając ode mnie te pudła? - dodała, parskając śmiechem. Miała do czynienia z różnymi mężczyznami, którzy chcieli ją poderwać, ale to wydawało jej się nadzwyczaj zabawne. Wzruszyła ramionami, no bo co będzie chłopakowi odmawiać przyjemności, zwłaszcza gdy tak starannie wszystko zaplanował… Nie do końca wiedziała, w której kieszeni powinna szukać, więc pierw wsunęła rękę w kieszeń, która okazała się pusta. Dopiero w drugiej znalazła coś, co kształtem przypominało kartę.
    - Wolę nie pytać, co jeszcze wyczułam w tej kieszeni - powiedziała z łobuzerskim uśmiechem. - Nie musisz się wstydzić. Nawet mi to pochlebia - dorzuciła, przejeżdżając kartą przez czytnik. Pchnęła drzwi i weszła przodem, już od progu widząc jak luksusowe jest to wnętrze.
    played by Okamgnienie
    multikontaRufus



    Connor Doherty

    bel air
    26 lat/a
    187 cm
    Is it late enough?
    For me to come and stay over
    'Cause my body is calling for you



    Connor Doherty
    They say "all good boys go to heaven" but bad boys bring heaven to you
    2020-03-31, 15:27

    Cokolwiek by nie powiedziała jej reakcja wystarczyła, aby zadowolić Connora. Był pewny siebie do tego stopnia, że żadne jej słowa nie potrafiłyby wpłynąć negatywnie na jego samoocenę. Zresztą nigdy jakoś specjalnie nie przejmował się zdaniem innych, więc i to mogło stanowić przeszkodę chociażby dla Hyacinth, która próbowała utrzeć mu nosa.
    - Na moje cudne co? - ponaglił ją z tym swoim głupawym uśmieszkiem. Nie był idiotą i wiedział w jakim celu brunetka posługiwała się sarkazmem, jednak absolutnie nic sobie z tego nie robił. Sama zaczęła grać w tę grę nie mając nawet pojęcia, że Connor jest tym, który opracował jej zasady już za gówniarza, kiedy nie miał nic lepszego do roboty. Zrobił więc krok w jej stronę i spojrzał na nią lekko zmrużonymi oczyma. Kąciki jest ust formowały zadziorny uśmieszek, ręce zaplotły się na klatce piersiowej, a broda uniosła nieco ku górze. Patrzył na nią z góry, bo choć była wysoka, co stanowiło miłą odmianę, bo ostatnimi czasy obracał się wśród samych filigranowych panien, to wciąż był od niej wyższy. - Loczki? - parsknął nie wierząc własnym uszom. Zrobił kolejny krok, pochylając się nieznacznie w jej stronę, a kiedy jego twarz była już na poziomie tej jej posłał jej sugestywne spojrzenie. - Chciałabyś zatopić w nich swoje palce? Ciągnąć, mierzwić i nakręcać na paluszek? - drążył temat używając tego tonu głosu, który słyszała każda z jego potencjalnych ofiar. Niski, głęboki i choć miękki to sprawiał wrażenie lekko ochrypniętego, a przez to nieco szorstkiego. Oczywiście, że jej teraz nie odpuści.
    - Ale wiesz, że to nawet nie jest moje imię? - wyśmiał ją z zażenowaniem kręcąc głową na boki. Oh ta Hyacinth nigdy nie przestanie go zadziwiać. Co do zdrobnienia, którego dla niej użył.. O dziwo nie zrobił tego złośliwie, a całkiem nieświadomie. Często używał takich słodkich ksywek dla dziewcząt, z którymi rozmawiał. Taki nawyk od lat.
    Przewrócił oczami na jej zachowanie, ale uśmiech wciąż błąkał się na jego ustach. - Nie zachowuj się jak dziewica orleańska, Hya i po prostu wyjmij tą kartę - nalegał ignorując jej zaczepki. Gdyby chciał, aby faktycznie go podotykała to mógłby zrobić to w zupełnie inny sposób i po prostu zaprosić ją na drinka, a tymczasem to ona przyszła do niego, hehs. Co z tego, że nie tak do końca do niego, a do hotelu, w którym pracował? Liczyło się to, że ona przekroczyła próg The Westin, a nie on Zooies.
    - Och, to nie powód do wstydu. - wzruszył ramionami wchodząc do pokoju, który wreszcie otworzyła. - Zwłaszcza, że jeszcze mi nie stanął - dodał niewinnie, odkładając na stolik przy ścianie wszystkie kartonowe pudełka. Starał się być delikatny, aby przypadkiem nie zarzucono mu, że coś zostało uszkodzone z jego winy. Wystrój pokoju nijak nie robił na nim wrażenia, bo na co dzień miał z nimi do czynienia. Wciąż jednak uważał, że cztery gwiazdki są niedopowiedzeniem jeśli chodzi o status hotelu i nieraz zastanawiał się czego jeszcze brakuje, aby dostali piątą.
    - Więc co dalej? - zagadnął z łobuzerskim uśmieszkiem podchodząc bliżej dziewczyny. Oczywiście miał na myśli słodycze, ale zinterpretować to mogła w taki sposób w jaki tylko pragnęła.
    played by moony
    multikontaHar Cliffort, Bitty Crompton



    Hyacinth Speckhart

    malibu
    25 lat/a
    176 cm
    Kelnerka w El Paissa / fałszerz dzieł sztuki
    Wszystko mnie modyfikuje
    ale nic nie zmienia



    Hyacinth Speckhart
    The whole world sitting on a ticking bomb
    2020-03-31, 21:58

    Nawet tak pewne siebie dupki miały jakieś słabości i Hya była przekonana, że gdyby tylko jej się chciało poświęć Connorowi więcej uwagi, to znalazłaby takowe pęknięcie w tej jego skorupce zajebistości. Tylko po co miała to robić? Nie miała zamiaru spędzać z nim więcej czasu, niż było to wliczone w załatwianie sprawunków związanych z pracą. Może gdyby się założyli albo prowadzili jakąś inną gierkę, która przyniosłaby Speckhart satysfakcjonujące korzyści, pomyślałaby o podobnym dogłębnym poznaniu Doherty’ego, ale teraz? Nie miała na to ani czasu, ani ochoty. Oprócz wizyty w hotelu miała jeszcze do załatwienia inne sprawy i chciała się z tym uwinąć do wieczora, dlatego też postanowiła sobie w duchu, że nie da się prowokować do tych jałowych dyskusji o niczym i po prostu skupi się na tym, co ma zrobić. Ale wtedy Connor się przysunął… i jednak uznała, że to postanowienie wcieli w życie od jutra!
    Właściwie nie widziała go nigdy z tak bliska, bo zazwyczaj bardzo broniła granicy przestrzeni osobistej, nie pozwalając byle komu na wtargnięcie w obszar bliskości, który zarezerwowany był dla garstki ludzi, których Hya wpuszczała w razie konieczności - nie była bowiem typem łaknącym wszelkiego rodzaju tulenia, całowania na powitanie i innych rzeczy związanych z przesadną czułością. Już chciała Doherty’emu uświadomić jak chaniebnego czyny się dopuścił, ale ten zaczął jej mruczeć i w ogóle chyba próbował uwieść? Speckhart popatrzyła na niego jakby był niespełna rozumu, najwyraźniej nieczuła na jego wdzięki, choć te z bliska prezentowały się również całkiem dobrze (a oceniała to zdolna artystka!).
    - Właściwie to… nie, ale jak tak o tym mówisz, to może gdybym miała je w lukrze, a nie byłoby nic innego, w co miałabym wytrzeć ręce, to czemu nie - stwierdziła, posyłając Connorowi złośliwy uśmieszek. - Dobrze wiedzieć, że lubisz takie pieszczoty. Choć to chyba nie jest najlepsze miejsce, żebyśmy się dzielili tym, co nas kręci - dodała konspiracyjnym szeptem, po czym parsknęła śmiechem. Jeśli myślał, że ją tym jakoś speszy, to się przeliczył!
    Zignorowała tę uwagę o nie jego imieniu, miała też nie komentować tej dziewicy, ale obawiała się, że jej milczenie Doherty policzy sobie jako dodatkowe punkty w ich starciu, które co prawda przypominało przepychanki w piaskownicy, ale i tak Hya nie chciała tak łatwo odpuszczać.
    - Wątpisz w moją niewinność? - zapytała, mrugając szybko, by swojej mince dodać głupiutkiego wyrazu. - Słusznie - odpowiedziała za niego. Żałowała, że tak szybko wyciągnęła tę rękę z kieszeni, zamiast gdzieś tam uszczypnąć faceta, który tak bardzo ją prowokował, by przypadkiem nie być dla niego zbyt miłą!
    Parsknęła śmiechem, bo rozbawił ją tym tekstem. Szybko jednak odchrząknęła, żeby przypadkiem nie zdradzić się z tą wesołością, która tym razem była całkowicie szczera. Ciemnowłosa podeszła bliżej pudełek, chcąc je rozstawić, by za chwilę wyłożyć ich zawartość na przygotowaną przez hotel paterę, ale pamiętała o tych wszystkich wymogach, które ostatnio wprowadzili w związku z szalejącym na świecie wirusem, więc obróciła się, by iść umyć ręce, zanim przystąpi do tego, co miała zrobić. Nie przewidziała, że w tym samym czasie Connor też zrobi krok w jej stronę, przez co zatrzymała się ledwie kilka centymetrów od niego, co przy okazji jego pytania wyglądało dość niezręcznie. Trzeba było jednak wyjść z tego z twarzą. Spojrzała mu w oczy, a palcem wskazującym dotknęła mniej więcej środka klatki piersiowej mężczyzny. Narysowała na materiale coś na kształt ósemki.
    - A na co masz ochotę…? - Tym razem ona zastosowała sztuczkę z uwodzicielskim tonem, przenosząc spojrzenie z oczu Doherty’ego wprost na jego usta. - Daj mi chwilkę, tylko upudruję nosek i zaraz do ciebie wracam - powiedziała, ponownie wracając spojrzeniem do oczu Connora. Uśmiechnęła się przy tym zawadiacko i zrobiła krok w bok, by go wyminąć. Chciała umyć ręce, założyć nową parę rękawiczek i przystąpić do działania, które bynajmniej nie miało nic wspólnego z zajmowaniem się chłopakiem, ale przecież on wcale nie musiał o tym wiedzieć… - Może chcesz do mnie dołączyć? - zapytała niewinnie, wychylając się z pomieszczenia podczas namydlania rąk.
    played by Okamgnienie
    multikontaRufus



    Connor Doherty

    bel air
    26 lat/a
    187 cm
    Is it late enough?
    For me to come and stay over
    'Cause my body is calling for you



    Connor Doherty
    They say "all good boys go to heaven" but bad boys bring heaven to you
    2020-04-01, 19:59

    Fakt faktem Connor Doherty miał słaby punkt, a była nim matka. Gdyby cokolwiek jej się stało, gdyby nie daj Boże zmarła to cała jego wewnętrzna dobroć po prostu by zniknęła. Stałby się stuprocentowym złem wcielonym i nic nie mogłoby go przed tym ani uchronić ani powstrzymać. Cameron, jego młodszy brat, był kolejną osobą, która miała na niego wpływ, jednak byli po prostu dwoma chłopcami, którzy byli do siebie podobni do tego stopnia, że jakieś tam głębsze rozmowy nie wchodziły w grę. Wiedzieli, że są dla siebie w razie potrzeby i zawsze mogą na sobie polegać, ale emocje trzymali na wodzy - jak rasowi bad boye czy jak to się tam nazywa w tych czasach.
    Brunet wierzył, że na każdego jest jakiś sposób. Miał do czynienia z tak różnorodnymi kobietami i dziewczętami, że naprawdę miał do tego podstawy. Był więc pewien, że gdyby bardziej się postarał do Hyacinth sama przyszłaby do niego prosząc, aby ją dotknął. Miał ten dar, że nawet, jeśli wizualnie nie był w czyimś guście, co z oczywistej przyczyny rzadko się zdarzało, to potrafił nadrobić charakterem i sztuczkami, które dopasowane do konkretnej osoby nie mogły nie zadziałać. Więc nawet, jeśli Speckhart broniła się przed nim rękami i nogami próbując dać mu do zrozumienia, że nie ma czego u niej szukać tylko i wyłącznie nakręcała go i prowokowała do działania.
    - Nie męczy Cię udawanie niewzruszonej? - zapytał z rozbawieniem, mierząc ją wzrokiem - od stóp po oczy na których zakończył. Jeśli myślała, że jakiekolwiek z jej żartów żarcików wyprowadzą go z równowagi czy nawet po prostu go dotknął to niestety będzie musiała długo próbować, aby znaleźć taki, który dokona niemożliwego. Connor to uparty jak osioł gnojek, na którego nie działały wszelkie zaczepki i tak długo jak długo będzie mu się opierać tak pozostanie w kręgu jego zainteresowań. Tym gorzej dla niej, że tak uporczywie próbowała zajść mu za skórę. - Namiętność nie zna dnia ani godziny, a tym bardziej miejsca - odparł z przekonaniem, falując do niej brwiami.
    Jego twarz rozświetlił szeroki uśmiech, gdy zadała mu konkretne pytanie. W końcu. Nim jednak zdołał cokolwiek odpowiedzieć ubiegła go, fakt, ale nie oznaczało to zakończonego tematu. Nie byłby sobą, gdyby nie dodał pięciu czy dziesięciu centów do tej konwersacji. Na pewno była tego świadoma. - Nie wątpię. - wpatrując się w nią z głupim uśmieszkiem czekał na ponownie rzucone w jego kierunku spojrzenie. Jego oczy potrafiły zjeść, kiedy tego chciał. W sumie były w kolorze Nutelli to ja bym chętnie je zjadła, hehs, jak już o jedzeniu mowa. - Uważam, że pozujesz na taką pyskatą i tak naprawdę nie ma Cię na tyle, aby pokazać jaka jesteś zepsuta. - spojrzał na nią spode łba wiedząc, że być może w ten sposób wywołał wilka z lasu. Był jednak gotów, aby się z nim zmierzyć. Wręcz nie mógł doczekać się tego spotkania będąc ciekawym co może z niego wyniknąć. Obawiał się jednak, że nic się nie wydarzy, bo, tak jak przypuszczał, jej demoniczna i odważna maska była tylko maską, przebraniem. Tyle.
    Spojrzał w dół na jej palec, który kreślił na jego piersi niewidzialne wzory. Po tym znów uniósł wzrok napotykając po drodze jej oczy. Jedna z jego brwi powędrowała ku górze, bo, cóż, był tylko facetem i podobało mu się to, co robiła. - Jesteśmy dorośli, Hyacinth. Doskonale wiesz na co mam ochotę - mruknął z diabelskim uśmieszkiem na ustach. - Na zjedzenie tych słodyczy - prychnął jakby w ogóle nie wiedział o czym ona mówi. Spojrzał nawet ponad jej ramieniem na wszystkie te pyszności. Zaraz jednak zniknęła w łazience, więc miał do nich pełen dostęp. Zamiast jednak ślinić się do nich, klepnął na łóżku w ogóle nie przejmując się tym, że gdyby tylko ktoś się o tym dowiedział, z turystów oczywiście, to miałby nieźle przechlapane. - Wolałbym jednak wrócić do pracy. Wykonałem swoje zadanie, koniec obijania - rzucił, po czym ruszył w stronę wyjścia. Niestety nim do nich dotarł światło w pomieszczeniu zgasło, a on zmarszczył brwi. Pociągnął za klamkę, ale drzwi nie ustąpiły. Rozejrzał się dookoła, a wtedy dostrzegł kartę spoczywającą sobie na biurku. Wziął ją i wcisnął tam, gdzie powinna być, aby uruchomić prąd w danym apartamencie niestety.. nic takiego się nie stało. Jeszcze chwilę posiłował się z drzwiami, po czym podszedł do telefonu, ale kiedy tylko przyłożył słuchawkę do ucha dotarło do niego, że naprawdę nie ma prądu. - Kwiatuszku, mamy problem - zawołał, nerwowo pocierając kark. Sięgnął do kieszeni spodni, jednak przypomniał sobie, że jego telefon spokojnie siedzi w jego szafce pracowniczej kilkanaście pięter niżej. No to niezłe chece.

    tutaj zt x2 | ciąg dalszy > http://cityofangels.pl/viewtopic...
    played by moony
    multikontaHar Cliffort, Bitty Crompton



    Wyświetl posty z ostatnich:   
    Odpowiedz do tematu
    Nie możesz pisać nowych tematów
    Nie możesz odpowiadać w tematach
    Nie możesz zmieniać swoich postów
    Nie możesz usuwać swoich postów
    Nie możesz głosować w ankietach
    Nie możesz załączać plików na tym forum
    Możesz ściągać załączniki na tym forum
    Dodaj temat do Ulubionych
    Wersja do druku

    Skocz do:  


    Forum dostosowane jest do przeglądarek Opera i Google Chrome. Styl i kody bazowe wykorzystane na forum zostały wykonane przez janek burza.


    Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group Saphic 1.2 // Theme created by Sopel