angeltown

greetings from california

  • Witaj na Angeltown! Zerknij do przewodnika, który pomoże Ci zapoznać się z forum.
  • Nominacje do drugiej edycji plebiscytu LAwards ruszyły! Zapraszamy do wysyłania zgłoszeń w tym temacie.
  • up
    down



    Poprzedni temat «» Następny temat
    Autor Wiadomość
    Caleb McFadden

    torrance
    34 lat/a
    190 cm
    zaplątany w przeszłość
    w tułaczce bez celu
    z barowym chaosem w tle



    caleb mcfadden
    they call me freedom falling, don't you hear me calling?
    2020-03-26, 02:19  

    /prosto z izby przyjęć

    Nie minęło więcej niż dwie, w ostateczności trzy godziny odkąd odczytał sms'a od Dex. Dokładniej cały monolog składający się z tych wiadomości, przez które ostatecznie rzucił wszystko prawie z miejsca. Teraz jednak nie potrafił uwierzyć jak niewiele czasu zleciało od tego momentu, gdyż cały stres najwyraźniej pochłonął ogromną część energii McFaddena. Odczuwał to w obolałych od zmęczenia barkach i ostatnie czego pragnął w obecnej sytuacji, to powrót do pracy za barem. Paskudnie to zabrzmi, lecz było to niewątpliwym plusem tej prawie tragedii i wielką ulgą dogadał się z własnym pracownikiem o dokończenie już zaczętej zmiany. W najgorszym przypadku pozwą Caleba o wykorzystywanie swoich podwładnych, ale tym nawet nie zamierzał się choć trochę zamartwiać. Na szczęście nie padał też z nóg jak jego przyjaciółka, więc droga "powrotna" ze szpitala obeszła się bez większych atrakcji. Chcąc czy nie, Dex musiała zahaczyć o jego mieszkanie i odebrać czworonożną kompankę. Jadąc windą na szóste piętro, modlił się w duchu o brak jakiegokolwiek chaosu za wejściowymi drzwiami. Nie wiedział przecież jak psina znosiła taką rozłąkę z właścicielką i to w obcym dla niej miejscu - stres gwarantowany, chociaż może nie tak wielki jak ten na ulicy po wypadku. Przepuścił brunetkę w drzwiach, ciągle asekurując ją z tyłu. Długo też nie czekali na pojawienie się Jello - och, żeby chociaż ona z ich trójki trochę przez ten czas wypoczęła. - Nie muszę mówić, żebyś czuła się jak u siebie? - rzucił klucze na blat szafki przy wyjściu, by potem minąć witającą się dwójkę. Szybko rozejrzał się po widocznej części mieszkania, w celu oceny stanu w jakim go rano zostawił. Nie musiał się oszukiwać - ona zapewne widziała to miejsce wyglądające już o wiele gorzej. - Chcesz się czegoś napić? Zjeść? - z tym drugim było zdecydowanie gorzej, ponieważ nigdy nie konkurowałby o tytuł kucharza roku i dla własnego dobra nie przeprowadzał samodzielnie eksperymentów kulinarnych w kuchni. Coś zjadliwego w lodówce McFaddena dałoby się znaleźć; w większej części gotowe już dania i produkty potrzebne do przyrządzenia prostych potraw. Przechylił lekko głowę w bok, przypominając sobie nagle o jeszcze jednym ważnym aspekcie, za który mógłby przypłacić życiem. - Sąsiad ma psa, więc dla niej też powinienem coś załatwić... - zasugerował z nadzieją w głosie, że Jello nie jest jakimś psim koneserem smaku. Nic innego nie przychodziło mu już do głowy, a to zapewne ze zmęczenia. Przeczesał potargane włosy dłonią, głowiąc się przy tym ile czasu jeszcze zdoła pociągnąć na takich pełnych obrotach. Niemniej jednak bardziej martwiła go ostatecznie Dex.

    I’m a pain dealer, I’m a faith healer,
    I’m a soul stealer and I’m coming for you
      

    played by -
    multikontaten od odysei



    Dex Ambrose

    palos verdes
    35 lat/a
    173 cm
    Szkoli i pracuje z psami K9
    Jest świetnie
    zapytaj sąsiada



    Dex Ambrose
    Who let the dogs out? Woof, woof, woof, woof, woof!
    2020-03-26, 15:36  

    - Cześć, kochanie – przywitała się z psem u progu i po trzech krokach, żeby zrobić przejście Calebowi, ostrożnie zasiadła na podłodze witając się z uradowaną Jello. Suczka szczekała, skomlała i w ogólnym odczuciu płakała z radości oraz przejęcia stanem swej pani. Kręciła się wokoło, dawała głaskać i zaraz lizała po twarzy kobietę, na której widok dosłownie oszalała. W takich chwilach Dex doceniała jej obecność. Jello nie kryła się z uczuciami, cierpiała tak samo jak człowiek i radowała się jeszcze bardziej.
    Jello kochała bezwarunkowo. Każdy pies kochał, co ludzie uwielbiali w nich najbardziej.
    - Niczego w siebie nie wcisnę – stwierdziła markotnie, ale co ona teraz mogła wiedzieć? Czuła się skołowana nie tylko emocjonalnie, ale także fizycznie. Głowa ją bolała, była zmęczona i raz nawet miała ochotę wymiotować, ale kryzys szybko minął, więc nawet nie powiedziała o tym McFaddenowi. Niechęć spotkania się z jego reakcją na widok zarzyganej tapicerki była silniejsza od oddania tego, co ostatnio miała w ustach, czyli z poranka albo jeszcze z wczorajszej kolacji; ni za cholerę nie pamiętała, kiedy ostatni raz jadła.
    - Doprawdy? Dałbyś radę? – dopytała o jedzenie dla psa, bo Dex liczyło się tylko to. – Byłoby świetne, bo nie wzięłam dla niej zapasów aż na tyle dni. – Na pewno nie o jeden dzień dodatkowo i nie przyzna się, że wszystkie smakołyki dała Jello dzisiaj w ramach nagrody za udaną pracę. Poczochrała psiaka między uszami i ostatni raz dała się liznąć po policzku. Gdyby mogła oddałaby swoim psom ostatnie grosze a to już była miłość również bezwarunkowa ze strony kogoś, kto uchodził za zbyt zmęczonego, żeby móc w ogóle odczuwać podobne emocje.
    - Cal, co proponujesz kobiecie na ten wieczór? – zapytała jeszcze z poziomu podłogi, starając się o uśmiech, jakby nic złego się nie stało; jakby przed paroma godzinami wcale nie walnęła w słup. – Nie patrz tak. Moja nieodpowiedzialność to świetna okazja dla nas obu – możemy odpocząć. – Niech spojrzy na to z innej strony i zauważy plusy. Dzisiejszy wieczór będzie mógł poleniuchować na kanapie narzekając na świat oraz życie, które dawało w kość im obojgu. – Ale najpierw.. – stęknęła niczym starowinka i podparłszy się o najbliższą ścianę, wstała na równe nogi, na co Jello zareagowała najprościej jak umiała – podbiegła do Caleb’a, że i z nim się przywitać. – ..musze się wykąpać. – Sapnęła i powoli przekręciła głowę raz w lewo a raz w prawo. Nie było źle. Nie miała zawrotów. – Jak wrócisz od sąsiada, to znajdziesz mi jakąś koszulkę?
    Chociaż o tyle mogła prosić samej kierując się od razu do łazienki. Była już tutaj, raz (ten pierwszy) nawet w dość intymnych okolicznościach, więc wiedziała, gdzie co i jak; zdecydowanie czuła się tutaj, jak u siebie.
    Usiadła na skraju wanny i odkręciła wodę, nawet nie sprawdzając temperatury. Dłonią przetarła czoło, wzięła głęboki wdech i dopiero po tym zerknęła na chemię stojącą w zasięgu wzroku. Dziękować Bogu za siostry McFaddena, które zadbały o jego zapasy i dawien dawno (pewnie minęło milion miesięcy) kupiły mu coś, co przypominało płyn do kąpieli. Użyty może tylko raz i to pewnie przez przypadek, bo Caleb pomylił go z mydłem. Dex nalała do wody tyle płynu, ile uważała za słuszne i dopiero wtedy wstała z wanny kierując się w stronę drzwi. Od jakiejś minuty Jello niuchała pod drzwiami, więc postanowiła ją wpuścić akurat w momencie, kiedy przyjaciel wrócił od sąsiada.
    - Tego mi było trzeba – powiedziała trochę do siebie a trochę do Jello, która grzecznie leżała przy wannie. Ambrose delektując się ciszą i ciepłą wodą ani nie myślała wpuścić do głowy nieprzyjemnych zdarzeń sprzed lat.
    Mogła jednak wpuścić Caleba, który grzecznie zapukał, zanim oznajmił znalezienie idealnej dla niej koszulki. Już się bała, co takiego było na niej nadrukowane..
    - Wejdź – rzuciła w przestrzeń i przekręciła głowę w bok, patrząc w stronę drzwi. – Przecież już widzieliśmy się nago. – Niech się tak nie spina; w razie czego. – Poza tym, znalazłam u ciebie to coś, co robi pianę. Zgaduje, że dostałeś to od sióstr. – Ba, mogłaby sobie rękę uciąć, że sam nie kupił do domu czegoś podobnego. Po prostu nie miał takiej potrzeby i doskonale go rozumiała, bo ona także nie posiadała podobnych dobroci. – Nie zasnę – zapewniła, gdy Caleb zrozumiał, że jego przyjaciółka za bardzo się zrelaksowała. – Jeżeli chcesz, to usiądź i mnie popilnuj. – Wyciągnęła jedną rękę spod wody i wskazała na miejsce obok Jello, która nawet nie podnosząc łebka zaledwie zerknęła na mężczyznę. – Ostatnio mało mówisz o siostrach – zauważyła, nieco go tym tematem zaczepiając, bo chciała aby coś do niej mówił. Żeby nie siedział w ciszy, bo ta doprowadzi ją do kolejnej fali płaczu, której tym razem mogła nie opanować. Nie chciała tego. Wolała aby porozmawiali na tematy inne niż jej zmęczenie, przepracowanie i Ann (młodsza siostra).
    played by Rex
    multikontax



    Caleb McFadden

    torrance
    34 lat/a
    190 cm
    zaplątany w przeszłość
    w tułaczce bez celu
    z barowym chaosem w tle



    caleb mcfadden
    they call me freedom falling, don't you hear me calling?
    2020-03-26, 21:42  

    Czy kogoś dziwił jeszcze fakt, że Dex prawdopodobnie witała się z własnymi pasami bardziej emocjonalnie niż nie jedna osoba z bliskimi? W którymś momencie Caleb przestał się nawet dziwić na podobny widok, coraz bardziej rozumiejąc to przywiązanie. Sam się nawet przywitał z Jello (zdecydowanie bardziej powściągliwie), gdy ta przybiegła do niego z merdającym ogonem. - Powinienem od razu założyć, że bardziej zainteresuje Cię sprawa psiej karmy... mój błąd - wywrócił oczami, mentalnie przygotowując się do odwiedzin sąsiadów. Warto dodać, że zazwyczaj starał się przypadkowo na nich nie wpadać i nie urządzać sąsiedzkich pogaduszek - to był zupełnie nie w stylu Caleba, mocno szanującego większość aspektów własnej prywatności i niezmiernie męczącego się przy wymienianiu nic nieznaczących grzeczności. Przystanął przy drzwiach, zastanawiając się na odpowiedzią i przy tym nie czarować Bóg wie jaką obietnicą wieczoru. Najwyraźniej dość prosty z niego człowiek... oraz niestety dość rzadko przesiadujący na domowej kanapie. Nie posiadał żadnej kolekcji planszówek, a tylko jakaś biedna talia kart zapewne kurzyła się gdzieś na dnie szuflady. Rzadko wyrywał się z tych wypracowanych przez lata zapychaczy czasu, a te jakiejś części nie nadawały się do obecnej sytuacji. Zerknął z nadzieją w stronę telewizora, by następnie przenieść spojrzenie na samą zainteresowaną - Pewnie na mecz nie ma co liczyć, ale coś przyzwoitego do obejrzenia raczej uda się znaleźć - wzruszył ramionami, bo to właśnie w jego mniemaniu zaliczało się do leniwego dnia na kanapie - w większości przypadków rzecz jasna. Dawno w sumie nie oglądał niczego konkretnego, ograniczając się do bezmyślnego skakania po różnych kanałach. Raz w akcie okropnego upadku człowieczeństwa, usnął na programie kulinarnym. Czysta czarna magia, gdy prowadząca weszła na poziom używania specjalistycznych nazw... takich jak brytfanka. Dlatego starał się przez to nie doprowadzać do podobnych zjawisk, ciekawiej rozporządzając własnym czasem. - Jasne, zawsze świetnie odpoczywam z porządną dawką stresu, skąd wiedziałaś? - burknął, przypominając tym samym, że wcale nie zapomniał o tym jak zjebała po całości brakiem zdrowego rozsądku. Na pewno bawiłbym się jeszcze lepiej rozpoznając Twoje zwłoki w kostnicy. Pomijając już oczywiście obowiązki, które zrzucił na barki własnych pracowników - bycie odpowiedzialnym naprawdę potrafiło porządnie wykończyć. - Coś się znajdzie! - zawołał do niej, wychodząc już z mieszkania. Przez zjazd windą dwa piętra niżej, próbował przywołać na usta w miarę sympatyczny uśmiech... ale to z nieznanego mu powodu bardziej przypominało grymas pełny bólu istnienia. Pierwsze utrudnienie napotkał, kiedy zza drzwi wychyliła się wyszczerzona kobieta po czterdziestce. Tak bardzo modlił się nie wpadnięcie właśnie na nią, a tylko na jej mrukliwego męża. Ucieszona prośbą Caleba, poprowadziła go prosto do własnej kuchni... chociaż nalegał na poczekanie przy wejściu. Zignorował połowę słów jakie do niego kierowała, wyłączając się na "jakiego pieska to sobie sąsiad kupił". Za pleców sąsiadki wyłonił się nagle jej mąż, przez moment łapiąc z nim porozumiewawcze spojrzenie. Cale dałby sobie rękę uciąć, że z tych oczu wołało tylko jedno - uciekaj, poświęcę się za Ciebie. Po całej tej tyradzie rzucił tylko "żadnego", podziękował i prędko wyewakuował się z tej jaskini absurdu sąsiedzkiego. Po powrocie napełnił miskę dla Jello, by za chwilę przekopać połowę szafy w poszukiwaniu czegoś bardziej odpowiedniego dla Dex - czytaj; takiego w czym się nie utopi. Niepewnie wszedł do łazienki, automatycznie unikając wzrokiem części łazienki z wanną. Pewnie, coś w przeszłości między nimi zaszło, ale wolał nie naruszać przestrzeni przyjaciółki. Doskonale wiedział jak wszystko zaczyna się komplikować, gdy przekroczy się pewną granicę. - To powinno być dobre. Ech... nie wiem, ale zapewne Peony uznała to za świetny żart - odłożył koszulkę, którą zgarnął w Alasce w jakiejś knajpie z krabami; o czym mówił sam nadruk "women want me, crab fear me". Balansujący na granicy żenady i to właśnie dlatego postanowił obdarować nią przyjaciółkę. Przez moment zawahał się, ostatecznie opierając się o krawędź umywalki z wzrokiem wbitym w ścianę. - Dawno się z nimi nie widziałem. Jenna dopiero jakoś na dniach wróciła z wykopalisk do kraju, więc najpewniej leni się teraz u siebie w mieszkaniu. A Peony to Peony, czasami trudno za nią nadążyć... może znowu pada ofiarą jakiegoś własnego pomysłu. Mogłabyś wybrać się z nimi na jakieś zakupy... czy na coś w tym stylu. - że też jeszcze przez nie nie osiwiał! Przynajmniej bracia nie wprowadzali go w stan bliski załamaniu nerwowemu.

    I’m a pain dealer, I’m a faith healer,
    I’m a soul stealer and I’m coming for you

    played by -
    multikontaten od odysei



    Dex Ambrose

    palos verdes
    35 lat/a
    173 cm
    Szkoli i pracuje z psami K9
    Jest świetnie
    zapytaj sąsiada



    Dex Ambrose
    Who let the dogs out? Woof, woof, woof, woof, woof!
    2020-03-27, 14:56  

    Otworzyła jedną powiekę zerkając na przyniesioną przez Caleba koszulkę. Mięśnie na twarzy nieznacznie drgnęły. Zacisnęła wargi i wciąż walczyła ze śmiechem, który w końcu uwolnił się w formie zaledwie rozbawionego prychnięcia. Zgadzała się z Peony, że to świetny żart i gdyby mogła przybiłaby kobiecie piątkę.
    - Naprawdę świetny zważając na fakt, że nigdy nie byłeś rybakiem. – Chociaż z wyglądu nadawałby się na samotnego pana kutra Mórz i Oceanów. Grałby na harmonijce, żułby tytoń, pluł na pokład, który potem szorowałby wielką szczotą z twardym włosem i do tego szelki; obowiązkowo szelki, najlepiej same, bez niczego pod spodem (i ja już nie wiem, czy to wizja rybaka, czy wstęp do porno). – Może Peony wie, że podczas tej swojej samotnej podróży byłeś jak marynarz. Jedna panna w każdym porcie? – Caleb milczał zmuszając Ambrose do uniesienia głowy z udawanym przejęciem. – Dwie? Chryste Caleb, jak się bawiłeś w orgie, to całkowicie zmienia mój obraz o tobie – jęknęła, jakby jego seksualne preferencje oraz fetysze były szalenie ważne. Jakby faktycznie w każdym mieście trafiał na orgietkę albo jedyne co robił to zaliczał panny, w których szukał wewnętrznego spokoju.
    Nic z tych rzeczy. Nabijała się z niego, chociaż cicho liczyła, że przyjaciel doprecyzuje albo chociaż skoryguje jej słowa.
    Głowę znów ułożyła na krawędzi wanny i zamknęła powieki rozkoszując chwilą oraz głosem McFaddena, do którego przywykła. Wcześniej wydawał się jej drażniący, ale teraz był jednym z tych, które słuchała. Jego zdanie było dla Ambrose bardzo ważne, nawet jeśli w paru kwestiach niezupełnie się ze sobą zgadzali.
    Drugi raz, w przeciągu paru minut, prychnęła z rozbawieniem.
    - Żartowniś z ciebie, wiesz? – dopytała, bo może on nie wiedział, że przed nosem umykała mu okazja na świetny zarobek (w stand-upie). – Widzisz mnie przymierzającą ciuszki? Dobierającą kolor butów do torebki? Robiącą sobie pokaz mody na środku sklepu, kiedy twoje siostry kibicowałyby mi, żebym wcisnęła się w o rozmiar mniejsze spodnie? – Nie żeby ubliżała paniom McFadden. Trochę je poznała, bardziej pobieżnie i na jakiś większych spędach, ale nie uważała ich za puste laski. Po prostu wizja jej samej robiącej zakupy, to jak posiadanie przez Caleba tego nieszczęsnego płynu do kąpieli (mogło zdarzyć się tylko przypadkiem i z przymusu). – Poza tym, twoje siostry mają siebie. Jakaś tam przyjaciółka brata nie jest im potrzebna na doczepkę – stwierdziła pewna swego zdania. – Powinieneś się z nimi spotkać – nakazała, bo nie zamierzała cackać się w tematach rodzinnych. Swoją siostrę straciła i nie chciała aby Caleb żałował czegoś, co go dodatkowo zniszczy; niech więc weźmie tyłek w troki i zobaczy z siostrami (oraz braćmi), bo nigdy nie wiadomo, kiedy ich może zabraknąć.
    played by Rex
    multikontax



    Caleb McFadden

    torrance
    34 lat/a
    190 cm
    zaplątany w przeszłość
    w tułaczce bez celu
    z barowym chaosem w tle



    caleb mcfadden
    they call me freedom falling, don't you hear me calling?
    2020-03-27, 22:33  

    Na ustach Caleba również pojawił się nieznaczny uśmiech, gdy wspomnieniami powędrował do dni spędzonych na Alasce. Nie wszystkie zaliczyłby do zbyt udanych, choć prawdopodobnie niektóre stały się takie z jego winy. Charakter awanturnika nie pomagał w łagodzeniu sporów z nowo poznanymi miejscowymi przesiadującymi w przydrożnych knajpach. Miejsce zapierało dech w piersiach, ale Cale zdążył już przywyknąć z nieprzynależenia do żadnego miejsca na ziemi -wieczny wędrowiec. - Może po prostu wielu rzeczy jeszcze o mnie nie wiesz? - zasugerował ze śmiechem, chociaż nigdy nie planował pójścia w ślady Forresta Gumpa i rozkręcenia jakiegoś biznesu krewetkowego. Wprawdzie na kutrze jeszcze nie przyszło mu pracować, lecz swoją małą przygodę z żeglugą zdecydowanie już zaliczył. Powiedziałabym, że nawet nie raz i niestety nie pokrywało się to z wizją Dex. Jeszcze za dawnych czasów McFaddenowie całą rodziną wybierali się na różne campingi - najczęściej nad jeziora właśnie. Cale czuł się świetnie w tej prawie dziczy, gdy zdobywał niewątpliwą przewagę nad resztą rodzeństwa, które zdecydowanie zaliczało się bardziej do typu myśliciela. Niezbyt warte wspominania, ale z Jenną byli dla nich czasami naprawdę paskudni; podrzucanie robaków do śpiworów i straszenie każdej nocy stało się dla nich tradycją. Silna więź z Jen uratowała ją przed tymi sytuacjami, a sama od początku wędrowała za nim niczym prawdziwa przylepa. - Jedną? Dość marnie oceniasz moje możliwości - udawanym oburzeniem odpowiedział na sugestię kobiety okupującej jego wannę , bo wprawdzie nigdy się nad tym nie zastanawiał. Nie liczył wszystkich przelotnych relacji i nie uważał, że powinien szukać dla każdej szczególnego miejsca we własnym życiu. Ludzie przychodzili i odchodzili - prosta sprawa, prawda? Odchylił głowę do tyłu, naprawdę rozbawiony takimi oskarżeniami o rozpustny sposób prowadzenia się. - I hej, zapewne jakimś poczciwym fanom orgii zrobiłoby się smutno po takim napiętnowaniu - widzicie, Caleb obrońca uciśnionych fanów grupowej uciechy - order murowany jak nic! On się nie pchał w cudze sprawy łóżkowe i nie zamierzał narzucać innym granic odpowiadających jego własnym preferencjom. Przeniósł spojrzenie na Jello, nadal starając się unikać obszaru zajmowanego przez Dex. Z kolejnymi minutami tej zwyczajnej (jak na nich) rozmowy, przestawał przynajmniej być spięty z powodu wypadku. Nie bełkotała, więc prawdopodobnie nie musiał zamartwiać się jakimś krwotokiem wewnętrznym. -Zdarza się i najlepszym - z śmiechem, na moment ulokował spojrzenie na twarzy przyjaciółki i tylko pokręcił rozbawiony głową - Zdecydowanie. Potem piżama party i plotkowanie do rana, a czego innego się spodziewałaś? - Niekoniecznie tak wyobrażał sobie czas wolny sióstr, chociaż takiej możliwości najwyraźniej nie powinien również wykluczać. Jedna latała z aparatem po mieście, a druga godzinami okupowała miejscowe muzea. Nic porywającego, ale też nie podchodziło od razu pod najgorsze tortury. - Nie jakaś tam, a Jenna uwielbia chyba wszystkich... niestety - westchnął, wpatrując się w nią jeszcze przez chwilę. Zastanawiał się czy znajomość z jakąś McFadden nie byłaby w niektórych aspektach korzystniejsza dla Dex. One zdecydowanie potrafiły pocieszać w znacznie lepszy sposób niż Caleb. Kiwnął twierdząco głową na "polecenie", gdyż nie śmiałby nawet szukać skaz w tym pomyśle. - Dokończ kąpiel zanim woda Ci wystygnie, poczekam w salonie... jakbyś jeszcze czegoś potrzebowała - wołaj - i z taką sugestią, oderwał się od umywalki, by ruszyć w stronę drzwi od łazienki. Jakoś podświadomie dla ich komfortu, nie zamierzał towarzyszyć jej do końca pobytu w wannie. W tym czasie nastawił czajnik z wodą i opadł wymęczony na kanapę.

    I’m a pain dealer, I’m a faith healer,
    I’m a soul stealer and I’m coming for you

    played by -
    multikontaten od odysei



    Wyświetl posty z ostatnich:   
    Odpowiedz do tematu
    Nie możesz pisać nowych tematów
    Możesz odpowiadać w tematach
    Nie możesz zmieniać swoich postów
    Nie możesz usuwać swoich postów
    Nie możesz głosować w ankietach
    Nie możesz załączać plików na tym forum
    Możesz ściągać załączniki na tym forum
    Dodaj temat do Ulubionych
    Wersja do druku

    Skocz do:  
    Szybka odpowiedź
    Użytkownik: 


    Wygaśnie za Dni
     
     
     
     
     
     
     


    Forum dostosowane jest do przeglądarek Opera i Google Chrome. Kody wykorzystane na forum zostały wykonane przez janek burza.


    Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group Saphic 1.2 // Theme created by Sopel