angeltown

greetings from california

  • Witaj na Angeltown! Zerknij do przewodnika, który pomoże Ci zapoznać się z forum.
  • Los Angeles Weekly: przeczytaj drugi wpis.
  • Mamy jedenaście miesięcy! O tym oraz kilku zmianach w ekipie przeczytacie w najnowszym ogłoszeniu.
  • up
    down



    Poprzedni temat «» Następny temat
    Autor Wiadomość
    dia talbott

    koreatown
    27 lat/a
    178 cm
    liczy kasę w rodzinnej knajpie
    i nie jest najwierniejszą narzeczoną
    dlatego myśli o joshu



    Dia Romero-Talbott
    Would you rescue me? Would you get my back? Would you take my call when I start to crack?
    2019-10-30, 16:06

    Miał rację. Przez długi czas walczyła z samą sobą, nie będąc pewną tego, czy naprawdę podołałaby wychowywaniu dziecka. Nie miała pojęcia czy nie zawiedzie jako matka, dlatego mnóstwo podobnych myśli przewijało się przez jej głowę. Sama generowała własne obawy, ale nie można było się temu dziwić. Rodzicielstwo od samego początku zdawało się być jedną z tych płaszczyzn, na których zdecydowanie brakowało jej pewności siebie. Rzecz w tym, że w wielu kwestiach nie bała się podejmować ryzyka, co miało miejsce tylko na skutek tego, że ona jako jedyna mogła ucierpieć na skutek swoich decyzji. Niekiedy jej się to zdarzało, ale bardzo prędko podnosiła się po tym, jakoś zbierając swoje życie do kupy. Niemniej, chociaż i w tym wypadku musiała się pozbierać, tym razem nie była jedyną, którą mogła zawieść. Mogła całkowicie zaprzepaścić zaufanie Nicka, ale przede wszystkim mogła doszczętnie zniszczyć własną szansę na wypracowanie jakiejś relacji ze swoim dzieckiem, o co zdawała się walczyć w ciągu kilku ostatnich lat. Na myśl o tym, że w końcu miała się tego podjąć, paraliżował ją strach. Ilekroć próbowała do niego zadzwonić, koniec końców i tak odkładała słuchawkę, dlatego zdecydowała się działać impulsywnie. Nie mogła jednak powiedzieć, aby żałowała tego posunięcia, bo istniało prawdopodobieństwo, że w inny sposób nigdy nie zdobyłaby się na odwagę. Nie tylko zmarnowałaby cały ten czas i wysiłek, który włożyła w dobrnięcie do tego momentu, ale także pozwoliłaby na to, żeby szansa na poznanie własnego dziecka całkowicie przeszła jaj koło nosa. Kiedy więc Nick nawiązał z nią kontakt, odetchnęła z ulgą i po raz pierwszy pozwoliła sobie uwierzyć, że coś naprawdę mogło się zmienić. Świadomość tego cholernie ją przerażała, ale jednocześnie była cholernie ekscytująca. Był to ten rodzaj strachu, którego odczuwanie ani trochę jej nie przeszkadzało. - W takim razie jak chcesz to zrobić? W końcu to Ty będziesz musiał mu o wszystkim powiedzieć i upewnić się, że jest na to gotowy. Nie chciałabym pojawić się znikąd i z dnia na dzień oznajmić, że jestem jego… matką - przyznała, wzruszając lekko ramionami. Nie była ekspertem w kwestii rodzicielstwa, ale chodziło przecież o jej syna. Nie chciała, aby to doświadczenie odbiło się na nim w negatywny sposób, a jeśli zależało im na uniknięciu tego, musieli rozegrać to wszystko z głową. W zasadzie… zrobić musiał to Nick, bo to właśnie on był tym, któremu ich syn ufał. Zabawne, ale kiedy wyjeżdżała, nigdy nie przypuszczała, że przyjdzie im znaleźć się w takiej sytuacji i chyba powinno być jej odrobinę głupio, że jednak do tego doprowadziła.

    played by jedyny hrabonszcz w lokalu
    multikontaaudra, celia, laurel, mira, wren



    Nicholas Hargreeves

    west hollywood
    43 lat/a
    184 cm
    reżyser i scenarzysta w warner bros.
    a do tego ojciec na prawie pełen etat, bo zaczął
    randkować z Maille



    nicholas hargreeves
    we waste time looking for the perfect lover instead of creating the perfect love
    2019-12-10, 20:41

    Chociaż nie od wczoraj był ojcem, sam przeżywał wszystkie te rozterki i wątpliwości raz po raz od nowa, co jakiś czas. W najmniej oczekiwanych momentach potrafiły dopaść go wątpliwości, czy aby na pewno nie wraca na stare tory i nie zaniedbuje swoich dzieci tak, jak to miało miejsce z Coralie, kiedy była małą dziewczynką. Może minęły od tego czasu całe lata, ale Nicholas jakoś nie mógł sobie tego wszystkiego zapomnieć i to również było powodem nowych wątpliwości, które wracały do niego z coraz to silniejszą falą uderzeniową, nawet wtedy, kiedy wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku. Rozumiał, że i Dia mogła je mieć - przecież przez pewien czas jechali na jednym wózku. Z tą różnicą, że wtedy jeszcze nie mieli syna, a to było zarówno ułatwieniem, jak i komplikacją w życiu Hargreevesa. W końcu to przecież właśnie dzięki pojawieniu się Tima na świecie zaczął tak naprawdę ogarniać swoje życie. To, że jej zajęło to trochę dłużej było u niego powodem do złości lata temu, ale teraz naprawdę potrafił się postawić w jej sytuacji. Zresztą, nigdy nie powiedział ich dziecku, że matka ot tak, po prostu przepadła i nie chciała mieć z nim nic wspólnego, stale wymyślając coraz to nowsze wymówki i wytłumaczenia, nawet jeśli nie podejrzewał, że kobieta któregoś dnia stanie w jego drzwiach, więc jakby nie patrzeć, w tej chwili mogła zacząć z czystą kartą, a po paru pytaniach i jakimś czasie młody zapewne miał zapomnieć, że we wczesnych latach jego dzieciństwa nie było jej na obrazku wcale. Wciąż był mały i jeszcze nie rozumiał, na całe szczęście, pewnych rzeczy, co działało tutaj na jej korzyść. W odróżnieniu od siostry, Timmy na dobrą sprawę nigdy nie doświadczył dotkliwie tego, że jedno z rodziców właściwie się od niego odwróciło. - Myślę, że z nim poważnie porozmawiam. To ten wiek, że będzie bardzo podekscytowany, że mam mu coś ważnego do powiedzenia, także pewnie będzie trochę przeżywał to wszystko, ale generalnie... Nie sądzę, by miał być niegotowy. To, że cię nie zna, nie znaczy, że jesteś w jego mniemaniu pominięta - uznał, lekko wzruszając ramionami. Pominął wspominanie tego, że Timmy nawet czasem umieszczał na swoich rysunkach jakąś mistyczną mamę, chociaż nawet nie miał pojęcia jak Dia wyglądała. W jego wersji raczej nie przypominała siebie, ale hej, liczy się gest, prawda? Uznał więc, że jak już dojdzie do spotkania, to młody sam jej powie i pokaże swoje dzieła, nie miał zamiaru się wyrywać jakoś do przesady. - Kolejnych parę tygodni będę mieć zamieszanie w pracy, ale myślę, że uda mi się załatwić to w międzyczasie i... obiecuję zdać relację jak zareagował. Tylko się na boga nie rozmyśl po drodze, okej? - przyjrzał jej się jeszcze szybko, trochę z ostrzegawczą miną, ale prędko ponownie złagodniał. Nie było tu powodu do spięć. I pewnie jeszcze coś by dodał, ale dosłownie kilka sekund po tych słowach poczuł wibrujący w kieszeni. Szybkie zerknięcie na ekran wystarczyło mu, by się upewnić, że jego czas wolny zaczął się kurczyć szybciej, niż przypuszczał. - Słuchaj, muszę lecieć. Album jest dla ciebie, a poza tym... Zadzwonię - zapewnił ją szybko i parę chwil później opuszczał już lokal, po wcześniejszym uregulowaniu ich rachunku, zaraz pewnie wracając do pracy, która najwyraźniej nie mogła tego dnia czekać.

    / zt x2
    played by normalnie zagadka roku
    multikontaadam, isolde



    Jacqueline Melton




    2020-01-05, 23:21

    [01]

    Prowadzenie kawiarni, na dodatek w Hollywood, nie należało do łatwych rzeczy. Każdy dzień mógł ją czymś zaskoczyć, nawet najmniejszym szczegółem, tutaj nie było miejsca na żaden błąd, czy najmniejszą wpadkę. Dlatego, od dnia, swoich ostatnich urodzin, gdy dostała potwierdzenie, że jej ulubiona kawiarnia jeszcze z czasów szkoły średniej, należy do niej, traktowała to miejsce jak własne dziecko. Bywała tutaj prawie codziennie, doglądając wszystkich szczegółów, sprawdzając, czy czegoś potrzeba, bądź siedziała we własnym biurze i zajmowała się papierkowymi sprawami, których trochę się nazbierało. Miała tym wszystkim, zająć się jeszcze przed nowym rokiem, jednak sylwester, wszystkie te przygotowania i wyjazd z Los Angeles, pokrzyżował jej plany. Potrzebowała odpoczynku, jak każdy, a wyjazd z grupą przyjaciół, aby świętować nowy rok, był dobrym powodem, aby odpocząć od pracy. Większość rzeczy i dokumentów, zazwyczaj oddawała do księgowej, która się tym zajmowała, ale niektórymi nie mogła się wyręczyć. Tak jak dzisiejszego dnia, gdy dała ogłoszenie o pomocy dla kucharza, który ostatnio narzekał, że sam nie daje rady ze wszystkimi zamówieniami. Od dnia, gdy, tylko rozniosły się plotki, że Jackie przejmuje kawiarnię, po remoncie, zaczęło przychodzić tutaj coraz więcej osób. I nie zmienił się stan rzecz, przez te pół roku, nic więc dziwnego, że kucharz, który wcześniej pracował sam, teraz nie wyrabiał ze wszystkimi zamówieniami.
    W końcu późniejszym popołudniem, gdy podpisywała ostatnie dokumenty i odkładała na swoje miejsce, mogła stwierdzić, że w końcu skończyła. Odstawiła jeszcze tylko segregator na swoje miejsce, uprzątnęła biurko i założyła kurtkę, która wisiała na wieszaku. Jedyne, o czym teraz marzyła, to o przyjemnym masażu na obolałe plecy od siedzenia w jednej pozycji. Nigdy, nie uwierzy, że praca w pozycji siedzącej, nie jest męcząca. Niestety, musiała jeszcze chwilę z tym zaczekać. Wychodząc z biura, odniosła kubek na kuchnię i pożegnała się z pracownikami, jak to miała w zwyczaju każdego dnia przed wyjściem do domu. Jeszcze poprawiła świeże kwiaty, które stały na ladzie i na najbliższym stoliku, w końcu mogąc stąd wyjść. Chciała już kierować się w stronę wyjścia, gdy ustała w pół kroku i zamrugała kilkakrotnie. W tym momencie poczuła jakby, zobaczyła ducha, zasłaniając usta jedną dłonią i zrobiła krok do tyłu. Umiejętnie, ograniczała kontakt z Elim od dnia, gdy wyjechała na studia. Od tego czasu, nawet go nie widziała, nie wiedziała co u niego, pewnie nawet usunęła go z Facebooka, zachowując się tak bardzo dorośle, żadnych smsów, żadnych życzeń na święta, czy urodziny, jakby nigdy się nie znali i nic ich nie łączyło. Najchętniej, uciekłaby, wychodząc tylnym wejściem, ale było już za późno, szczególnie gdy ich spojrzenie, spotkało się w jednej chwili. Może, powinna udać, że go nie rozpoznaje albo że ją z kimś pomylił? Najdziwniejsze i najbardziej głupie pomysły, przychodziły jej teraz po głowie.
    — Eli, witaj. Nie spodziewałam się Ciebie w mojej kawiarni — odezwała się w końcu, nie robiąc ani kroku do przodu, ani do tyłu. Zastygła w miejscu.



    Eli J. Broughton




    2020-01-24, 01:19

    5.

    Eli wiele razy zastanawiał się, co by było gdyby wyjechał? Dawno temu, przez długi czas nosił się z takim zamiarem, w głowie już pakował walizki, zastanawiając się co zabierze, a co zostawi, czyli co prawdopodobnie padnie łupem jego siostry, co wyląduje na śmietniku, a co na strychu ich rodzinnego domu. W Los Angeles zawsze czuł się nie na miejscu. To dziwne, zważywszy na fakt, że to tutaj się urodził, to tutaj się wychował, miał nawet to szczęście, że rodzice oszczędzili mu licznych przeprowadzek i większość jego wspomnień z dzieciństwa wiązała się z jednym domem. Mógłby po nim chodzić z zamkniętymi oczami. A jednak chciał wyjechać, zostawić za sobą wszystko co wiązało się z tym miastem, nawet jeśli oznaczało to rozstanie z rodzeństwem, złamane serce mamy i prawdopodobnie, wydziedziczenie przez ojca. W zasadzie, tego ostatniego mógł być pewny, ale nie to było powodem, dla którego ostatecznie został.
    Nie chciał zostać tchórzem, nie wiedząc nawet przed czym ucieka…
    To nie był najlepszy okres w jego życiu, zdawał sobie z tego sprawę i bez uwag typu, „źle wyglądasz” ze strony rodziny. Och, ci nawet nie starali się złagodzić ciosu. Źle wyglądasz, dokładnie tymi słowami. Czego innego mógł się spodziewać? Odpalał jednego papierosa za drugim, a właściwie jeden od drugiego. Kawa zastąpiła większość posiłków w jego, i tak nieszczególnie zbilansowanej diecie, złożonej głównie z jedzenia na wynos, mrożonek i dań, wymagającej jedynie miski, czyli płatków śniadaniowych. Sypiał nie więcej niż sześć godzin, a w nocy budził się co najmniej kilka razy. Jednym słowem, to cud, że żyje.
    Mimo wszystko starał się stwarzać jakieś pozory. Pracował, spotykał się z przyjaciółmi — by i od nich usłyszeć, że źle wygląda — starał się utrzymać swoje mieszkanie we względnym porządku, ale odkąd Romy się wyprowadziła wszystko zdawało się być nie na swoim miejscu, łącznie z nim.
    I w tej chwili również, ledwo wszedł do kawiarni, skuszony wizją czarnej kawy, która mogłaby postawić go na nogi, zatrzymał się w pół kroku, widząc na swojej drodze znajomą-nieznajomą. Tak nazywał ją w głowie, w końcu od lat udawali, że się nie znają, prawda? Widząc jej reakcję, poczuł się jakby odrobinę zapadł się w sobie, myśląc sobie, że prawdopodobnie nikogo innego tak bardzo nie chciała spotkać jak jego. Cóż, i vice versa.
    Nie… Nie wiedziałam, że jest Twoja — odezwał się w końcu, gdy już przypomniał sobie o istnieniu swojego języka. Naprawdę, nie mógł powiedzieć niczego gorszego, brzmiało to tak, jakby powiedział, „gdybym wiedział, że jest twoja, nigdy bym tu nie wszedł”, co… na dobrą sprawę, wcale nie było dalekie od prawdy. — Wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha — mruknął, starając się uśmiechnąć, ale grymas, który pojawił się na jego ustach niewiele miał wspólnego z wesołością.



    Jacqueline Melton




    2020-01-26, 16:30

    Jacqueline, aż za dobrze wiedziała, jak to jest czuć się nieswojo w miejscu, gdzie spędziło się prawie całe życie. Nawet, teraz gdy wraca do rodzinnego domu, myślała tylko o tym, żeby jak najszybciej opuścić to miejsce, nic dziwnego, że tak bardzo rzadko tam bywała. Wyjazd na studia, sporo zmienił w jej życiu. Pozwolił, przynajmniej na chwilę zapomnieć o problemach, które zostawiła w Los Angeles i wymazać wspomnienia, które nawiedzały ją w nocy podczas snów. Jeszcze teraz, nieraz budziła się w nocy z krzykiem, gdy we śnie przemierzała szpitalne korytarze, a w oddali słychać było płacz. Jednak ponownie tutaj wróciła. Pomimo wielu zaprzeczeń i kategorycznych odmów, że nigdy tutaj nie wróci, że zacznie nowe życie, gdzieś daleko, że chce odciąć się od przeszłości i najchętniej wymazać ją ze swojej głowy. Wystarczył koniec studiów i powrót w rodzinne strony, następnie jedna sesja, aby Jackie, podjęła decyzję zostania tutaj na stałe. Miała to być tylko chwila, zanim nie podejmie decyzji, co zrobić dalej. Jednak nie mogła nie przyjąć prezentu w postaci kawiarni, która tym samym zatrzymała ją w tym mieście na dużo dłużej, niż na początku mogło jej się to wydawać. Na ten moment, nawet nie myślała, aby znów stąd wyjechać, wakacje, wyjazdy, jak najbardziej, ale to w Los Angeles, czuła się jak w domu, szczególnie od dnia, gdy przekroczyła próg własnego domu.
    Ta kawiarnia była dla niej wszystkim. Dlaczego, nie mogła zostać godzinę dłużej w swoim biurze, wypić jeszcze jednej kawy, przejrzeć nawet instagrama i wyjść, nie natrafiając na swoją przeszłość. Zrobić cokolwiek, aby nie wychodzić na salę. W jednym momencie skrzyżowała ręce na klatce piersiowej i mimowolnie, wywróciła teatralnie oczami. Nie komentując słów mężczyzny, w końcu niejedna wzmianka w prasie była, że Melton, przejmuje kawiarnię. Może tak samo, jak i ona, unikała jakichkolwiek wzmianek o nim. W końcu to Jackie, pierwsza odcięła się nawet od ich wspólnych znajomych, urywając wszelkie kontakty.
    — Jesteś ostatnią osobą, którą spodziewałam się zobaczyć w tym miejscu. I cóż, nie wyglądasz zbyt dobrze — odezwała się bez większego skrępowania. Te kilka lat temu, wyglądał dużo lepiej i tak wolała go chyba zapamiętać, niż w obecnym stanie. Aż tak bardzo, go dorosłość dobiła? — Też raczej, nie cieszysz się z tego spotkania. Na szczęście Los Angeles, jest duże, jest małe prawdopodobieństwo, że kolejny raz na siebie wpadniemy, mam taką nadzieję — powiedziała i w tym samym czasie, odgarnęła kosmyk włosów za ucho. Eli był ostatnią osobą, którą chciała spotkać ze swojej przeszłości, ale też i jedną z tych, z którą wiązały się te najcięższe dla Jackie chwile. Chciała już zrobić krok do przodu, ominąć go, zamiast tego, stała wciąż w tym samym miejscu, uważnie przyglądając się jego twarzy, dostrzegając kilka zmian, które zaszły w tym czasie.



    Eli J. Broughton




    2020-01-30, 18:40

    To jednak osobliwe, nie czuć więzi z miejscem, które powinno nazywać się domem. Trudno to komukolwiek wytłumaczyć, Eli nigdy nie próbował, jeszcze trudniej jest zrozumieć, gdy wszelkie przykre wspomnienia zyskały status „rzeczy, o których nie wolno rozmawiać” jeszcze zanim ktokolwiek zadecydował czy są warte zapamiętania. Tym trudniej zapomnieć o czym czego nie wolno pamiętać. Kto jak kto, ale Jackie powinna coś o tym wiedzieć…
    Nie rozumiał jej reakcji, w los Angeles było setki kawiarni, większych czy mniejszych, niektóre były wielkości szafy, wciśnięte między dwa budynki, nadawały się tylko do wzięcia kawy na wynos. Nie śledził pracy odkąd sam postanowił zejść ze świecznika. A nawet jeśli jego uszy dobiegły jakieś wieści dotyczące Meltonów, wyrobił w sobie odruch, dość skuteczny, ignorowania każdej, choć najmniejszej wzmianki.
    Jakby nie patrzeć, pierwsza podjęła tę decyzję. Nie pozostało mu nic innego jak tylko ją uszanować i zrobić to samo.
    W kawiarni? — zapytał głucho, wchodząc jej w słowo, a po chwili usłyszał jakże znane mu już słowa. I cóż, nie wyglądasz zbyt dobrze. Przewrócił oczami i zaczął rozglądać się po wnętrzu kawiarni, nie zatrzymując wzroku na niczym konkretny, ot tylko po to, by nie patrzeć na blondynkę. Jej słowa równie dobrze mogły odbijać się od niego bez większego echa, ale słuchał i nie mógł powiedzieć, że podoba mu się to co słyszy. Skrzywił się prze okropnie na jej ostatnie słowa.
    Masz taką nadzieję — powtórzył cicho, bardziej do siebie niż do niej, czując, że ta maska obojętności, którą postanowił założyć na tę okazję, powoli zsuwa się z jego twarzy. Uśmiechnął się lekko, choć bez cienia wesołości, wręcz trudno nazwać to uśmiechem, bliżej mu do grymasu, bolesną próbą zachowania pozorów. — Postaram ci się to ułatwić — odparł, wbijając ręce głęboko w kieszenie płaszcza. Niezręczny nawyk. Nie to chciał powiedzieć, właściwie nie miał pojęcia co chciał powiedzieć, ale nie to. I tkwił tam, podobnie jak ona, nie ruszył się nawet o centymetr, choć każda jedna cząsteczka w ciele podpowiadała mu, że powinien wyjść. Czy ona cię właśnie stąd nie wyprosiła? Rusz się, Broughton. Zamiast tego…
    Czy możemy… tego nie robić? — To pytanie wyrwało mu się zanim zdążył chociażby zastanowić się czy te słowa mają jakikolwiek sens. Patrzył na nią przez chwilę, jakby starał się dostrzec w jej twarzy jakikolwiek ślad po Jackie, jaką pamiętał, ale w końcu odwrócił wzrok i westchnął zrezygnowany. — Zapomnij. Wezmę tylko kawę — mruknął, po czym przestąpił kilka kroków, usuwając jej się z drogi i podszedł do lady, przy której ustawiła się spora kolejka. Kwadrans i będzie miała go z głowy.



    Jacqueline Melton




    2020-01-31, 01:13

    Melton, niejednokrotnie, unikała miejsc, które kojarzyły jej się z ich wspólnie spędzonym czasem. Niejednokrotnie, nie weszła do swojej ulubionej restauracji sushi, skąd nieraz zamawiali jedzenie, aby wspomnienia nie powróciły. Przez co musiała szukać nowego miejsca. Za dużo ją to kosztowało czasu i emocji, aby móc stanąć ponownie na nogach i zachowywać się, jakby te kilka lat temu, nic się nie wydarzyło. Dlatego, tylko przytaknęła głową. Kawiarni jest setka, jak nie więcej w samym Los Angeles, ale ta była jej kawiarnią, jeszcze od czasów szkoły średniej. Musiał pamiętać, jak bardzo lubiła siadać przy stoliku, najbliżej okna i czytać książkę, albo się uczyć na kolejny dzień szkoły. Chociaż, równie dobrze, mógł wymazać ich wspólne wspomnienia, jak starała się robić to blondynka, za każdym jednym razem. Było to możliwe, dopóki Eli nie stanął na jej drodze. A ona, zamiast się ruszyć, stała, jakby nogi odmówiły jej posłuszeństwa.
    Na te, niespodziewane spotkanie, przybrała tą zapewne, nieznaną, mu jeszcze stronę, tą, której zawsze unikała, aby nie stać się taka jak jej ojciec. O ile, szczerość, była u niej czymś normalny. Nieraz przecież, słyszała, że ma niewyparzony język i powinna powstrzymać się przed powiedzeniem o kilku słów za dużo. Potrafiła to kontrolować, ale nie dzisiejszego dnia. Stwierdzenie o jego wyglądzie wyszło z jej ust samoistnie. Tak, jednak obojętność wobec drugiej osoby, zawsze przychodziła jej z wielkim trudem, tak teraz, nie dawała po sobie nic poznać.
    — Słucham? — zaczęła, choć było to bardziej pytanie retoryczne. Nie oczekiwała od niego żadnej odpowiedzi. — Czego chcesz nie robić? Mamy przestać udawać, że się nie znamy? Chyba już na to za późno, nie uważasz? Jakieś osiem lat za późno — powiedziała i pokręciła z niedowierzaniem głową. Nagle, mieli udawać dobrych znajomych, zapominając o tym, przez co przeszli? To Jackie pękało serce na milion kawałków, gdy samotnie opuszczała szpital. Ostatni raz spojrzała na Eli'a. — Masz rację, lepiej zapomnieć, to przecież wychodziło Ci najlepiej, przez tyle lat — odezwała się, a w jej głosie pierwszy raz, słychać było żal, jej wyraz twarzy, jakby trochę złagodniał, a cała maska zniknęła. Nie było to jednak, dobre miejsce, na tego typu rozmowy, nie w pracy, przy tylu osobach, które z ciekawością słuchałyby dalej. Dlatego, gdy ustał w kolejce, wyszła z kawiarni i stojąc jeszcze przy wejściu, na moment zamknęła oczy. Nie sądziła, że te spotkanie, może tak na nią wpłynąć, nawet jeśli tego po sobie nie pokazywała. Na moment, usiadła przy stoliku na zewnątrz, które były jeszcze wolne i schowała twarz w dłoniach, chcąc przez chwilę chociaż uspokoić swoje emocje. Zapomniał, nie było go przy niej w szpitalu, kiedy mieli ostatnią okazję, by uciec. Została wtedy z tym sama, bez Eli'a, bo na ojca, nigdy nie mogła liczyć. Ale on, powinien być przy niej, a może przy nich.



    Eli J. Broughton




    2020-02-06, 12:16

    Musiało minąć sporo czasu, by doszedł do tego wniosku, ale ostatecznie uważał, że dobrze zrobiła, wyjeżdżając. Naprawdę sporo czasu, aż nauczył się nazywać to wszystko, co miał w głowie, ilekroć o niej myślał — potworny bałagan. Wystarczyło jednak poświęcić temu chwilę, by dostrzegł w nim złość, odrobinę żalu, a nawet zazdrości. W końcu, wyjechała, zrobiła coś czego on nie potrafił, zwłaszcza po tym, co się wydarzyło… I nie miał prawa jej za to obwiniać, wiedział, stąd złość, wymierzona głównie w niego samego. Można by pomyśleć, że po tylu latach powinna zelżeć, ale nie, wystarczyło, by ją zobaczył, w kawiarni, która teraz była tylko jej, w jej świecie, z sukcesem pod pachą, i poczuł, jak wspomniana złość wypala mu dziurę w głowie.
    Naprawdę miał nadzieję dostrzec jakiś szczegół, choćby najmniejszy gest, którego nawet nie jest świadoma, by przekonać samego siebie, że stojąca przed nim dziewczyna jest tą samą, którą pamiętał, jego Jackie, jak samolubnie nazywał ją w swojej głowie, nie Jacqueline Melton, wymienianej pod zdjęciem w otoczeniu ważnych ludzi, w ważny miejscu, w ważnym dniu. Gdy tylko jednak usłyszał jej kolejne słowa, dotarło do niego, że wszelkie ślady po niej zniknęły, a nawet jeśli nie, ukryła je na bardzo głęboko.
    Nie ja podjąłem tę decyzję — odparł chłodno, czując, że powinien jej o tym przypomnieć. Coś w nim… przeskoczyło, zacisnął mocniej zęby, jakby obawiał się, że powie coś jeszcze, coś czego będzie żałował o wiele bardziej. Nie miał najmniejszej ochoty być częścią tej sceny… Moment, gdy przypomniał sobie, że nie są tutaj sami, objawił się nieprzyjemnym uczuciem w żołądku, gdy zauważył, że kilka spojrzeń zwróciło się ich stronę. To przecież wychodziło Ci najlepiej. Przez tyle lat. Nie odpowiedział nic na te słowa, jedynie pokręcił głową.
    Stał w kolejce dosłownie chwilę, gdy kątem oka zauważył, że wychodzi. Już dawno przeszła mu ochota na tę pieprzoną kawę. W głowie huczało mu od myśli, których nie umiał zebrać w żadne sensowne zdanie, po prostu… Nie wiele myśląc, wystąpił z kolejki i wyszedł za nią w pośpiechu, licząc, że ją dogoni, ale gdy przestąpił próg i zobaczył ją na zewnątrz, przy stoliku, z twarzą ukrytą w dłoniach, momentalnie się zatrzymał.
    Nie masz prawa mnie za to obwiniać — odezwał się, tym razem bez wahania w głosie, choć mówił do jej pleców… Tyle razy przerabiał w głowie setki scenariuszy, a wszystkie były takie same i kończyły się na tych słowach. — Nie masz prawa. Podjęłaś tę decyzję sama, więc najwyraźniej w ogóle nie brałaś pod uwagę mojego zdania! Czego innego się spodziewałaś?



    Jacqueline Melton




    2020-02-13, 23:09

    Zmienili się, oboje się diametralnie zmienili. Nie byli już zakochanymi w sobie nastolatkami, dla których świat poza nimi samymi nie istniał. Teraz, po tylu latach, nawet nie potrafili ze sobą rozmawiać, a żal do drugiej osoby, był większy, niż którekolwiek z nich mogło się tego spodziewać. Uważała, że nie ma w nim już tego samego chłopaka, którego tak kochała, teraz był dla niej niczym obca osoba. A może, to były tylko pozory i oboje udawali, przed sobą?
    Wiedziała, że musi wyjść z kawiarni. Nie wypadało, aby prowadziła taką rozmowę na środku sali, przy pracownikach, gościach, nie, to nie pasowało dla niej. Ta kawiarnia była jej bezpiecznym miejscem, gdzie mogła schować się przed wszystkimi problemami świata i która zatrzymała ją w Los Angeles. Nie sądziła jednak, że ta rozmowa i krótkie spotkanie, tak nią wstrząśnie. Próbowała się uspokoić, opanować chwilowe drżenie rąk, którymi już teraz zasłaniała twarz. Nie może, tak roztrzęsiona wsiąść do samochodu i prowadzić. Kilka minut i powinna dojść do siebie. Starała się spokojnie oddychać, nie pozwalając swoim myślom, aby powróciły wspomnienia, które tak głęboko w sobie skryła. Miała ułożone życie, idealną pracę, wszystko, o czym marzyła, będąc jeszcze dzieckiem.
    Słysząc za sobą głos Eli'a, odsłoniła twarz, a dłonie położyła na swoich kolanach. Może i jeszcze przez moment wyglądała na roztrzęsioną, tak z jej oczu, nie popłynęła, ani jedna, pojedyncza łza. Powinna chyba, podziękować za to, swojemu ojcu, który zawsze twierdził, że nie powinna okazywać słabości, a już na pewno, nie przy innych. Mimowolnie, wywróciła teatralnie oczami, aby po chwili, odwrócić się w jego stronę z obojętnym, tak dobrze wyuczonym wyrazem twarzy.
    — Sama podjęłam decyzję? Czekałam na Ciebie, z nadzieją, że się pojawisz, że przynajmniej odpowiesz, na jakąkolwiek moją wiadomość — zaczęła mówić i pokręciła przecząco głową. — Byłam naiwna, wierząc, że skoro się nie odzywasz, nagle pojawisz się w szpitalu. Pozbyłeś się największego problemu i mogłeś dalej żyć, jakby nic się nie wydarzyło. Nie interesowała Cię własna córka — zacisnęła usta w wąską linię, nie spuszczając wzroku z mężczyzny. — Jak mogłeś, przekazać tylko mojemu ojcu, że nic dla Ciebie nie znaczymy i nie chcesz nawet jej widzieć — przynajmniej, taką wersję wydarzeń, słyszała Jackie od Meltona. Nie pamiętała, nawet kiedy ostatni raz, rozmawiała o wydarzeniach sprzed ośmiu lat. Odcięła przeszłość grubą kreską, postawiła wysoki mur, którego nigdy miała ponownie nie przekraczać, aż do dzisiejszego dnia. Nie mogłaby, o tym myśleć więcej, inaczej by zwariowała, zastanawiając się, co teraz dzieje się z ich córeczką, czy trafiła do dobrego domu, jak teraz wygląda, czy mieszka w Los Angeles. Było za dużo pytań, na które nie znała i pewnie już nigdy, nie pozna odpowiedzi.



    Wyświetl posty z ostatnich:   
    Odpowiedz do tematu
    Nie możesz pisać nowych tematów
    Nie możesz odpowiadać w tematach
    Nie możesz zmieniać swoich postów
    Nie możesz usuwać swoich postów
    Nie możesz głosować w ankietach
    Nie możesz załączać plików na tym forum
    Możesz ściągać załączniki na tym forum
    Dodaj temat do Ulubionych
    Wersja do druku

    Skocz do:  


    Forum dostosowane jest do przeglądarek Opera i Google Chrome. Styl i kody bazowe wykorzystane na forum zostały wykonane przez janek burza.


    Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group Saphic 1.2 // Theme created by Sopel