• Cześć! Jesteś u nas po raz pierwszy? Zerknij do przewodnika.
  • Świętujemy pierwsze urodziny Angeltown! O urodzinowych zmianach i niespodziankach przeczytasz w najnowszym ogłoszeniu.
  • O urodzinowych zabawach i zmianach w administracji przeczytacie w najnowszym ogłoszeniu.
  • Przypominamy, że w tym temacie macie szansę odebrać urodzinowy prezent, który dla Was przygotowałyśmy!
  • Coś nie działa? Wykonaj twardy reset! Wciąż nie działa? Daj nam znać!
  • up
    down



    Autor Wiadomość
    Ignacio Montero

    Cara Del Diablo
    Sieje zamęt w branży wuja
    I ostatnie o czym myśli to związek
    los feliz



    Ignacio Cruz Montero Arias
    When you're cursed you're always hopin'. That a prophet would be grieved.
    33 lata
    187 cm wzrostu
    w LA od Urodzenia


    2020-05-12, 12:49

    Nie miał niczego niecnego, ani tym bardziej niemoralnego na myśli. Co to, to nie! Choć z perspektywy odbiorcy jego słowa można było dwojako zinterpretować. Ignacio jednakże był jakby ubogi w emocje, jeśli chodziło czasami o przemowy. Zdawałoby się, że nagle stał się po prostu maszyną, barwa głosu była poniekąd mechaniczna. Oszczędność w uczuciach była czymś wyuczonym, co rozwinęło się na przestrzeni ostatnich lat, a uwarunkowane zostało przede wszystkim odsiadką w więzieniu, która iście diametralnie utemperowała również trudny charakterek mężczyzny - który przy wstępnym poznaniu wydawał się być nieco wyobcowany - do kanonu typowego introwertyka było mu jednakże bardzo daleko.
    Poza tym, miał tutaj poruszać wyłącznie kwestie zawodowe, toteż nie silił się zbytnio na przyjacielskie zapędy, co w Kitty notabene mogło obudzić mieszane uczucia, bo przecież nie znała Ignacio, poza pozorami. Nie była w stanie też odgadnąć jego właściwych intencji; wszak nie wyglądał na wpływowego właściciela lokalu a na zakapiora z brakiem sumienia i grzeszkami, jakie to ciągnęły się za nim widocznie.
    Wdrapawszy się po schodach, wprost na pierwsze piętro, mężczyzna dłonią wskazał drogę, następnie też skierowując ją na krzesło, kiedy to oboje z Kitty znaleźli się w przyciemnionym pomieszczeniu. Rolety były zasunięte nader szczelnie, nawet w dzień, gdy to światło słonecznie usilnie próbowało przedostać się przez okna. To nie tak, że Montero utożsamiał się z wampirem - po prostu pewne paranoiczne nawyki dawały o sobie znać, ściśle nakreślając schematy odpowiedzialne za prowizoryczne bezpieczeństwo. Obecnie, jedynym, acz wystarczającym źródłem światła była mała lampka znajdująca się na biurku, w którego to szufladzie znajdowała się broń palna, a o czym kobieta rzecz jasna pojęcia mieć nie mogła. W powietrzu zaś dało się wyczuć nutę zapachową fajek, których niedopałki tkwiły już w szklanej popielniczce.
    Wnętrze biura zaś nie wyróżniało się przepychem - oprócz szarych ścian, dało się dostrzec kilka obrazów, które były prezentem od Dona Montero; brak rodzinnych zdjęć chyba nie działał na korzyść mężczyzny, co też mogło być zależne od perspektywy odbiorcy.
    Cruz zamknął za sobą szczelnie drzwi, by przypadkiem rozmowa nie wydostała się na zewnątrz. Eva, ich sprzątaczka była przecież taką paplą, że wyniosłaby każdy sekret poza progi El Paissa, a tego Ignacio stanowczo nie preferował. Nie w danym wypadku.
    Zasiadłszy wygodnie w skórzanym obrotowym fotelu, oba łokcie oparł na blacie biurka, dłonie zaś splótł ze sobą. Przez myśl przeszło mu, aby poczęstować Kitty alkoholem. Po chwili uznał to z kolei za wysoce nieodpowiedzialne - nie na tym etapie znajomości.
    - Odpowiednio wyciągnięte wnioski - przyznał ze stoickim spokojem, odnosząc się rzecz jasna do stwierdzenia, z którym zechciała się z nim podzielić kobieta. Wzrok swój zaś zatrzymał wprost na damskiej twarzy, bo to przecież przemawiało za grzecznością.
    - Widziałem Twoje starcie z dziewczynami. A może nie tyle co starcie, a raczej ich nieczyste zagrywki. I powiem Ci, że jestem mile zaskoczony, bo niejedna na Twoim miejscu, niemalże od razu przybiegłaby do mnie na skargę - wyjawił niczym sekret. Aż brakowało, by użył przy tym konspiracyjnego szeptu - Masz robotę. A o nie się martw, bo to już moje obowiązki...




    Hyacinth Speckhart

    Kelnerka w El Paissa / fałszerz dzieł sztuki
    Wszystko mnie modyfikuje
    ale nic nie zmienia
    malibu



    Hyacinth Speckhart
    The whole world sitting on a ticking bomb
    dwadzieścia pięć lat
    176 cm wzrostu
    w LA od blisko dwunastu lat


    2020-05-12, 19:14

    Nie uszło uwadze Hyacinth, że w pomieszczeniu jest ciemniej, niż mogłoby by być, gdyby rolety były rozsunięte. O ile zrozumiałym była ochrona przed kalifornijskim słońcem, które niemal dzień w dzień dawało się we znaki, próbując w swoich promieniach skąpać wszystko i wszystkich, niezależnie czy mają na to ochotę, tak w nocy taka ochrona wydawała się zbędna, no chyba że… Był to pewnie nie pierwszy moment dzisiejszego dnia, gdzie Speckhart pomyślała, że lokal wcale nie musi być tylko meksykańską jadłodajnią, ale może kryć też coś więcej. Nie miała na to obecnie żadnych dowodów, ale fakt, że przez lokal przewinęło się kilku podobnie wytatuowanych mężczyzn… nieco dawał do myślenia. Hya jednak nie zamierzała się z nikim dzielić tymi informacjami, trochę w obawie, że akurat w tym przypadku mogłoby to odbić się jej czkawką na tyle potężną, że nijak nie mogłaby zahamować jej konsekwencji. Nie mogła pozwolić sobie na taką nieostrożność i głupie ruchy, które narażałyby kogokolwiek.
    - Masz uczulenie na słońce? - zapytała, przez moment jeszcze lawirując spojrzeniem po ramie okna, jakby próbowała ocenić, czy da się z tego pomieszczenia wyjść nie tylko drzwiami. - Czy po prostu lubisz być w cieniu? - dodała,krzyżując spojrzenie z Cruzem. Może nie było najwygodniej rozmawiać, kiedy było się na różnych wysokościach, ale ciemnowłosa dalej dzielnie trzymała się na nogach, w przeciwieństwie do zażywającego komfortu Montero.
    Uśmiechnęła się dość łobuzersko, gdy tak zdradził jej to, co zaobserwował.
    - A nie wziąłeś pod uwagę tego, że nie wiedziałam gdzie i do kogo przybiec na skargę i dlatego tego nie zrobiłam? - zapytała pół żartem, pół serio, bezradnie rozkładając przy tym ręce na boki. Możliwe, że dodałaby coś jeszcze, gdyby nie kolejne słowa mężczyzny, który właśnie dał jej pracę. Zadarła brodę do góry i uśmiechnęła się pod nosem, chcąc prawdopodobnie zademonstrować, że nie brała pod uwagę innej opcji, o czym powiedziała mu już przecież przed lokalem. Szykowała się, by stwierdzić: a nie mówiłam, gdy padły kolejne słowa, momentalnie zmieniając humor Hyacinth.
    - Nie! - krzyknęła niekontrolowanie. Od razu obróciła się w stronę drzwi, by ocenić, czy mogły przepuszczać dźwięki z biura. Ten jej protest można było odczytać na różne sposoby, a nie chciała stawiać Montero w jakiejś dziwnej sytuacji. Przybliżyła się więc do biurka, nad którym się nachyliła, by nie trzeba było regulować głośności słów, by te dotarły bezpośrednio do adresata. - Nie zgadzam się, żebyś interweniował w mojej sprawie. Poradzę sobie z nimi. Nie jesteśmy w pieprzonym rezerwacie, ani nie mam żadnego okresu godowego, żebym była pod ochroną - burknęła, wyraźnie niezadowolona. Powinna docenić to, że był dla niej miły i pewnie nawet chciał dobrze, ale w tym momencie to do Speckhart nie docierało. Nie chciała być traktowana jakoś specjalnie, bo wiedziała, że to tylko może pogorszyć sytuację z kelnerkami, które pewnie tylko czekają, by narobić jej koło pióra, zwłaszcza gdy się dowiedzą, że dołączyła do ich zespołu nie tylko na kilka godzin.



    Ignacio Montero

    Cara Del Diablo
    Sieje zamęt w branży wuja
    I ostatnie o czym myśli to związek
    los feliz



    Ignacio Cruz Montero Arias
    When you're cursed you're always hopin'. That a prophet would be grieved.
    33 lata
    187 cm wzrostu
    w LA od Urodzenia


    2020-05-13, 09:35

    Poprawiwszy się nieco w miejscu, jakoś wygodniej rozsiadł się w skórzanym fotelu. Swój wzrok wciąż utrzymywał na twarzy Kitty, jakoby starał się czytać z niej jak z otwartej księgi. Z uwagą obserwował jej mimikę, grę gestów, która przekładała się na mowę ciała. Było to poniekąd zboczenie zawodowe, odpowiedzialne za jego członkostwo w Cara Del Diablo, bowiem zawsze, praktycznie zawsze podczas prowadzonych rozmów wykazywał się owymi nawykami. Budził czujność do starcia z możliwym kłamstwem, strachem, ale i wrogą postawą. Był jakby dwa kroki do przodu, dzięki czemu mógł wtedy obmyślić swój kolejny ruch.
    Niejeden nie zdawał sobie sprawy, jak zdradliwe potrafią być konkretne tiki - i choć mówił jedno, tak myślał drugie. Ubarwiał rzeczywistość, faszerując fałszem swego towarzysza, na co niezwykle wyczulony był Cruz. Bo mówiło się przecież, że Ci najbardziej cisi, są zwykle najbardziej niebezpieczni. Typy myślicieli, którzy skrupulatnie oceniali sytuację. Pozbawieni emocji, nie reagowali nader pochopnie. Co rusz narzucali kolejne maski na swe lico, aby nie obnażyć przypadkiem tej właściwiej. Tej prawdziwej, która zamiast o wizerunku maszyny, mówiła o wizerunku człowieka. Niekiedy małego i zlęknionego potęgi olbrzymiego świata.
    Pytanie co do awersji do słońca zbiło go nieco z tropu, wywołując i salwę nurtujących wątpliwości. Czyżby przejrzała go na wylot?
    Aczkolwiek, wyraz jego twarzy pozostawał nadal taki sam - nasączony powagą oraz opanowaniem. Robił dobrą minę do złej gry, byleby nie zdradzić właściwych powódek odnoszących się do specyficznych zachowań.
    - O tej porze raczej ciężko o słońce - lekkim ruchem dłoni wskazał na zasłonięte ramy okien. Specjalnie nawiązał do upływającej doby, bo tak było najłatwiej. Po zmroku mógł zwyczajnie nie chcieć, aby ktoś zewnątrz począł zaglądać mu przez szyby; wszak, lokal mieścił się nieopodal budynków mieszkalnych. Na końcu języka miał już stwierdzenie, co do uczulenia na promienie słoneczne, bo u Meksykanów było to co najmniej niespotykane i komiczne w wydźwięku zarazem. Nie zdążył jednakże nawet otworzyć ust, bowiem okrzyk protestu przeciął tą tymczasową ciszę. Dostrzegł też, jak kobieta w lekkim popłochu zerka na drzwi, jakoby w obawie, iż jej podniesiony ton głosu wyszedł gdzieś na zewnątrz. Na szczęście, pomieszczenie było zwyczajnie wyciszone, na wypadek nielegalnych zbiorowisk, jakie się odbywały.
    Nie kryjąc swoje zdziwienia, odruchowo uniósł swoje brwi ku górze. W następnej chwili odsunął się lekko od blatu biurka i splatając dłonie ze sobą, nader wygonie oparł się o skórzany fotel.
    Intrygujący pęd dyskusji - zawirowało gdzieś w jego umyśle, a jego zwodniczość nakierowywała go na różnorakie obszary. Bo przecież miał przed sobą niezłe ziółko, niebojące się wyrażać własnego zdania, co w toku pracy El Paissa było całkowicie niespotykane. Ludzie tutaj byli potulne niczym baranki; w stosunku do Montero rzecz jasna.
    - Jestem właścicielem, Twoim i ich pracodawcą, a więc to logiczne, że zajmuję się tym podobnymi sprawami - przyznał ze słyszalnym spokojem w barwie nieco ochrypniętego głosu - Bo jakoś nie uśmiecha mi się spisywania na straty talerzy, czy innych naczyń, którymi można kogoś pokaleczyć...




    Hyacinth Speckhart

    Kelnerka w El Paissa / fałszerz dzieł sztuki
    Wszystko mnie modyfikuje
    ale nic nie zmienia
    malibu



    Hyacinth Speckhart
    The whole world sitting on a ticking bomb
    dwadzieścia pięć lat
    176 cm wzrostu
    w LA od blisko dwunastu lat


    2020-05-13, 14:55

    Przewróciła oczami, słysząc, czym poczęstował ją Montero..
    - To nie jest odpowiedź na moje pytanie - stwierdziła, marszcząc brwi. - Cholerny dyplomata… - mruknęła pod nosem, bynajmniej nie usatysfakcjonowana słowami mężczyzny. Co prawda liczyła się, że z tym, że jej nie odpowie, bo jednak było to pytanie zaliczające się już pod kategorię tych bardziej osobistych, a nie związanych z jej rolą w tym lokalu, ale i tak czuła ukłucie rozczarowania. Nie miała jednak zamiaru zatrzymywać się nad tym teraz, a postanowiła sobie, że sprawdzi w przyszłości, celując w inną porę dnia, czy nadal będzie w tym pomieszczeniu tak ciemno. Nie zdawała sobie sprawy, że ot tak do biura sobie włazić nie można, bo nikt jej tego nie powiedział. Koleżanki-kelnerki pewnie wręcz specjalnie z chęcią będą ją posyłać w te rejony, by całowała klamkę nie mogąc uzyskać dostępu do wnętrza.
    Przynajmniej miała jasność, kim w El Paissa jest Cruz Montero. Nie zmieniało to dla Hyacinth jednak faktu, że nie chce mieć forów. I może dobrze świadczyło to o szefie, że chce zadbać o zgodę w zespole, tak Speckhart nie była co do tego przekonana i odbierała to po swojemu - jakby nie wierzył, że ona sobie poradzi, dlatego chciał ją niańczyć. Zacisnęła mocno zęby, aż zgrzytnęły. Nie podobało jej się to i wcale nie wynikało to z tego, że nagle Hyacinth została feministką (bo ciemnowłosa bynajmniej nie utożsamiała się z tym ugrupowaniem). Nie chciała po prostu, by się w to mieszał, bo to był jej problem, że nie znała hiszpańskiego i chcąc tu pracować, będzie musiała sobie jakoś z nim poradzić.
    - Och, dlaczego od razu spisujesz na straty naczynia? Myślę, że posiadam odpowiednie argumenty, zrozumiałe w każdym języku… - tu dość sugestywnie pogładziła zaciśniętą pięść, którą przy wypowiadaniu tego zdania uniosła ku górze - by obyło się bez strat materialnych. Może jedynie dorobimy się tych… wizerunkowych, wtedy obiecuję wziąć ich zmianę - oznajmiła, próbując jeszcze jakoś wpłynąć na decyzję Cruza. - Osobiście odkupię też talerze, gdyby się rozbiły z mojej winy, choćbym miała po nie jechać aż do Meksyku - dodała, wzdychając ciężko. Powinna ugryźć się w język, siedzieć cicho i się nie wychylać, a słysząc o interwencji szefa podskakiwać z radości, ale nie umiała tak.
    Nie była pewna, czy to już wszystko, więc przez moment stała w milczeniu, próbując ugasić malujące się na twarzy poirytowanie. Skupiła wzrok na jednym z obrazów, który wydawał się jej oryginałem, który raczej do tanich nie należał. Z trudem powstrzymała się, by nie podejść do niego i z bliska ocenić, czy faktycznie ma do czynienia z oryginalnym dziełem.
    - Coś jeszcze? Czy mogę już iść? - zapytała, obracając głowę w stronę mężczyzny dopiero po tym, jak padło pierwsze pytanie. - Zwłaszcza jeśli to nie ma być pierwszy i ostatni dzień mojej pracy - wymruczała ledwie słyszalnie pod nosem. Downtown nie było przyjemne po zmroku, o czym Hya przekonała się na własnej skórze, kiedy pomyłkowo Raven z FBI wzięła ją za poszukiwanego wówczas bandziora i zmusiła do przebieżki po okolicy, dzięki czemu mogła zobaczyć zabijaków grupujących się w ciemnych uliczkach. Nie chciałaby się na nich natknąć ponownie, zwłaszcza podczas samotnego spaceru po ich rewirze.



    Ignacio Montero

    Cara Del Diablo
    Sieje zamęt w branży wuja
    I ostatnie o czym myśli to związek
    los feliz



    Ignacio Cruz Montero Arias
    When you're cursed you're always hopin'. That a prophet would be grieved.
    33 lata
    187 cm wzrostu
    w LA od Urodzenia


    2020-05-14, 09:53

    Cholerny dyplomata - aż odruchowo zmarszczył swoje brwi, drogą dedukcji starając się wyodrębnić odpowiedni sens danego sformułowania, który odnosił się zapewne do jego komentarza o nocy. Zresztą, dlaczego Kitty aż tak to ciekawiło? Może po prostu lubił ciemność, albo cenił sobie uroki otaczającej go prywatności. Chcąc nie chcąc naruszyła jego sferę osobistą, co w jakimś ułamku nie przypadło do gustu Montero. Nie lubił, gdy ktoś usilnie próbował rozwiać nutę tajemnicy, która zwykła go otaczać. Zazwyczaj łamał nosy tym, co wchodzili z brudnymi buciorami do jego życia, próbując przy okazji obnażyć te prawdziwe ja.
    Mężczyzna odchrząknął cicho, ignorując kompletnie nałożoną tematykę. Jakoś nie miał najmniejszego zamiaru podążać w tym kierunku. Wolał się przede wszystkim skupić na zawodowych założeniach, do których i tak nijak odniosła się nowa pracownica. Zapewne łapiąc go za słówko, tudzież wyciągając pochopne wnioski, bo ten miał swoje widzimisię. Nic z tych rzeczy! Ignacio nie miał niczego nieodpowiedniego na myśli. Nie zamierzał również na samym starcie dawać forów. Chodziło mu jedynie o względny ład, jaki miał zapanować między pracownikami. Element współpracy był niezwykle istotny, wręcz kluczowy, bo jak mieli wspólnie pełnić górę obowiązków, skoro już na dzień dobry zaczęli ze sobą niewidzialną wojnę (możliwe, że na śmierć i życie)?
    - Bo wiem, co potrafi się dziać za zamkniętymi drzwiami - mruknął praktycznie pod nosem, kręcąc przy tym swoją głową. Już zasugerował z miejsca kobiecie, że to nie pierwsza; zapewne nie ostatnia sytuacja, gdzie dochodziło i do rękoczynów. A on musiał przecież odpowiednio reagować. Zależało mu na sprawności i najwyższym poziomie obsługi klientów restauracji, a nie podstawianiu sobie nóg niemalże na każdym kroku.
    Nie zmuszał ich do przyjaźni, a raczej względnego tolerowania siebie przez kilka godzin, do końca zmiany. Wtedy też mogły już robić, co tylko żywnie im się podobało. Nawet rzucać nożami. To już go nie obchodziło.
    Bezczelnie ignorował też ton głosu, którym częstowała go kobieta, czy też jednoznaczne gesty, symbolizujące zaiste przemoc. Tego mu brakowało. Przysłowiowych zapasów w kisielu gdzieś na tyłach kuchni. O mało na ową wizję nie parsknął śmiechem, bowiem absurd sytuacyjny, w jakim to się znalazł wywoływał u niego znane nerwowe tiki.
    - Bez odnoszenia się do mojego pochodzenia, proszę - rzucił dość łagodnie, mimo, że odebrał to jako delikatną obelgę. Być może dlatego, że już dużo razy słyszał mało pochlebne komentarze na temat tego, że był Meksykaninem. Latynosów było pełno nie tylko w Los Angeles, ale i na terenie USA, acz niektórzy Amerykanie wciąż nie mogli odpuścić sobie dozy złośliwości względem nich. Ignacio urodził się tu, a Meksyk odwiedził zaledwie kilka razy w życiu. Był dwujęzyczny, czuł się więc prawowitym obywatelem Stanów Zjednoczonych.
    - Możesz już iść - rzucił na zakończenie, dalej utrzymując kontakt wzrokowy - Do zobaczenia jutro - to było zwieńczeniem jego wypowiedzi, a gdy kobieta zniknęła oficjalnie za drzwiami, to ponownie opadł w fotelu, następnie też przesuwając dłońmi po zmęczonej twarzy.
    Miał chyba już dość rewelacji, jak na ten cholerny dzień; a kolejne wcale nie zapowiadały się lepiej. Nic a nic.

    zt x2




    Eden Marchessi

    straciła partnera, więc rozbija gangi
    i kartele w pojedynkę,
    licząc na odrobinę miłości w swoim życiu
    koreatown



    Eden Marchessi
    I think about you. But I don't say it anymore.
    30
    175 cm wzrostu
    w LA od urodzenia


    2020-06-26, 23:36

    ##

    Jeśli ktoś mógł się nazwać pechowym, to na pewno Eden. Miała pecha do facetów, spraw, które prowadziła, partnerów w robocie, także - ostatni miesiąc nie był dla niej najlepszy. Nawet poszła na randkę i okazało się, że była to kompletna klapa. Druga? Cóż, może by była, gdyby tylko facet napisał, czy zadzwonił. Na ten jednak moment nie miała pojęcia, czy do tego dojdzie, czy znowu będzie się odbijać od ściany do ściany, czy coś w jej życiu się poruszy. A przecież wcale nie chciała tak wiele, prawda? Miała trzydziestkę na karku i gdy oglądała, że wszyscy inni się wokół niej hajtali, albo obiecywali miłość, to nie dość, że brały ją mdłości, to też uczucie zazdrości. Ona też tego chciała, nawet jeśli to nie miała być bajka. Wybrała się więc na spacer, zastanawiając się, gdzie powinna wylądować dziś. W teatrze już nic nie grali, do kina nie miała ochoty iść, a w barze? Wyglądałaby pewnie cholernie dziwnie, gdyby tak sama siedziała przy barze. Miała ze sobą odznakę, odruchowo zabrała ją ze sobą, przypiętą do paska, gdy wychodziła z komisariatu, więc to skutecznie mogło odpędzić natrętów, ale chyba nie chciała jej używać. Nie miała kompletnie na to siły. Zagubiona gdzieś w swoich myślach nie zorientowała się nawet, że ktoś przed nią szedł. Wpadła w osobę, upuszczając prawie telefon - bo jeszcze tego brakowało, by rozbiła jedyne źródło rozrywki na dzisiaj. - O cholera - w ostatnim momencie złapała smartfona i odetchnęła głębiej, czując jak serce ładuje kolejne mocne bicia w jej klatce piersiowej - przepraszam, kompletnie zauważyłam, moja wina - zerknęła w górę, albo nawet przed siebie, spoglądając na osobę, którą o mało co nie staranowała. Grunt, że nie wylądowali na ziemi, tak? Do końca pechowego miesiąca brakowało jeszcze pobytu w szpitalu, złamanych kości i awantury. Jedyne na co liczyła, to że osoba nie trzymała kawy, ani innego napoju - ciepłego czy zimnego - bo pralnie o tej godzinie chyba już nie były czynne.



    poszukiwania
      



    Marshall Marchessi

    ciągle uczę się
    jak być lepszym,
    ale chyba słabo mi idzie
    malibu



    marshall marchessi
    you can always get up
    trzydzieści pięć lat
    180 cm wzrostu
    w LA od zawsze z przerwami


    2020-06-30, 19:48

    #4

    Chęć zjedzenia czegoś treściwego po pracy i nie stanie przy garach wygrała ze zmęczeniem. Właśnie z tego powodu Marshall nie zawinął się prosto do siebie, tylko błądził gdzieś ulicami Los Angeles z burczącym brzuchem, bo kiedy bywał wyczerpany, ciężko też szło mu się na coś zdecydować. Marudził. Aż za bardzo. I choć był sam, to nie przeszkadzało mu wcale, żeby być markotnym oraz wybrednym. Mijał kolejne knajpki z zawodem wypisanym na twarzy oraz rosnącą irytacją, bo w sumie równie dobrze mógł zamówić sobie jakieś śmieci na wynos, a może i lepiej wyszedłby na tym, bo przynajmniej zapełniłby już czymś żołądek i mógł smacznie chrapać zamiast odczuwać bulgotanie wraz z jakimś chrumkaniem. Wywrócił oczami, kiedy po raz kolejny zobaczył pełny lokal i ruszył dalej, dając sobie jeszcze maksymalnie dziesięć minut. Więcej chyba nie da rady zdzierżyć i trudno, wepcha w siebie McDonalda albo KFC, każdy może czasem pobłądzić w kwestii diety, nie?
    -Och, cieszę się, że masz z roku na rok coraz lepszy refleks - odparł z uznaniem, bo nawet zamroczony zmęczeniem oraz głodem potrafił od razu rozpoznać swoją siostrę, która z niewiadomych powodów taranowała ludzi na ulicy. I do tego myślała, że to jacyś nieznajomi... Cóż, może to fart, że jednak wpadła na kochanego braciszka, oszczędzi sobie bezsensownej afery. Gorzej, że też trudniej będzie go zgubić, jeśli liczyła na samotny wieczór. Pomimo wszelkich czynników wpływających (aż za) negatywnie na nastrój Marchessiego, to mężczyzna ucieszył się z widoku Eden. Postanowił już w głowie, że zjedzą razem i na nią zrzuci wybór lokalu. Jak się nie uda, to wreszcie będzie komu robić wyrzuty! Nie ma to jak genialne plany, starszego brata. Właśnie... Jego życie może być dodatkowym plusem i dla panny Marchessi, w końcu ten bajzel był chyba jeszcze większy i co najmniej tak samo niepoukładany jak elementy życiowej układanki szatynki. -Och, żebyś zawsze mnie tak ochoczo przepraszała... Aż żałuję, że tego nie nagrałem... Niestety nie ten refleks, co moja mała mistrzyni. To jak... Skoro już na siebie wpadliśmy, może jakaś wspólna kolacyjka? Opowiesz co w twoim wielkim przestępczym światku, hm? - zaproponował, obejmując ją swoim silnym, pewnym, braterskim ramieniem i cóż... Powoli zdążał przed siebie z nadzieją na wyznaczeniu przez siostrę celu. Czy to dobrze obrazowało, że Marsh nie przyjmował odmowy? Oby.




    Eden Marchessi

    straciła partnera, więc rozbija gangi
    i kartele w pojedynkę,
    licząc na odrobinę miłości w swoim życiu
    koreatown



    Eden Marchessi
    I think about you. But I don't say it anymore.
    30
    175 cm wzrostu
    w LA od urodzenia


    2020-06-30, 23:30

    Nie była w najlepszej formie. W pierwszym momencie nawet nie dostrzegła, że wpadła na własnego brata, którego od wyjazdu do Las Vegas nie widziała i nie miała też pojęcia, co u niego słychać. Nie miała do tego głowy, oboje byli dorosłymi ludźmi i choć czuła się w pewnym stopniu zawsze za niego odpowiedzialna, mimo iż to on był starszy, to jednak ostatni miesiąc zaliczała do bardzo bolesnych, ciężkich i nie socjalowych. - Marsh? - Uniosła brew do góry, słysząc znajomy głos, którego już bynajmniej nie pomyliłaby z żadnym nieznajomych. - Szkoda, myślałam, że wpadłam na swoją przyszłą miłość, a to tylko Ty - wywróciła oczami, po czym uśmiechnęła się. Nie będzie narzekać, tak? Wprawdzie nie miała wcale ochoty na spotykanie nowych twarzy, ale kto wie, może takie spotkanie zaowocowałoby bardziej niż durne randki, na których kompletnie jej nie wychodziło? - I odczep się od mojego refleksu - prychnęła cicho - jestem po prostu... zmęczona - rozproszona, rozdrażniona i zamyślona, mogłaby tak wymieniać jeszcze co siedziało jej w głowie, ale chyba na ulicy nie chciała. Nawet Marshallowi, musi jej wybaczyć.
    - Nie zapominaj, kto Ci dupę uratował i dzięki komu możesz sobie pozwolić na ten sarkazm - wycelowała w niego palcem, bo zawsze uwielbiała mu to wypominać, gdy tylko zapędzał się z wkurzaniem własnej siostry - nie drażnij mnie dziś duży Marchessi, bo inaczej sobie pogadamy i wtedy spotkasz się bardzo szybko z glebą - posłała mu uroczy uśmiech numer sześć, wręcz diabelny. - Niech będzie, ale stawiasz - skoro wybierał miejsce i już szedł, no to nie mogła zostać w tyle. Zrównała się z bratem i westchnęła cicho. - Co tam, starszy? - Nie chciała chyba gadać od razu o sobie, właściwie nie umiałaby skleić porządnie zdań, bo obecnie jeszcze wybudzała się z lekkiego szoku wpadnięcia na niego w tym miejscu. Głowa latała po tematach, które mogliby poruszyć, ale chyba żaden nie stawał się wygodniejszym. Niech porozmawiają o nim, może powie jej coś, co ją zadziwi? Może będzie ciotką? Nie miałaby nic przeciwko, aczkolwiek dzieci w rodzinie ją odrobinę przerażały.



    poszukiwania



    Marshall Marchessi

    ciągle uczę się
    jak być lepszym,
    ale chyba słabo mi idzie
    malibu



    marshall marchessi
    you can always get up
    trzydzieści pięć lat
    180 cm wzrostu
    w LA od zawsze z przerwami


    2020-07-01, 19:20

    -Może miłość brata to też skarb, huh? Pomyśl i doceń - zatrzepotał rzęsami, bo w pewnym sensie to też jest odmiana miłości życia, tak? Wiadomo, że nie o takiej śnią księżniczki, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma, a w tym przypadku upierdliwego, wiecznie pakującego się w tarapaty starszego brata, który nijak nie może być wzorem. Może była na to nadzieja, kiedy wybrał medycynę, ale nie potrwała ona za długo, bo przecież ostatecznie zanim skończył jako chirurg to jego droga była naprawdę długa i wyboista... A i wciąż trwała, może jeszcze coś mu się odmieni. W końcu Marchessi był nieprzewidywalny. -A ja po prostu prawię ci komplementy z jego powodu... Może powinnaś nieco popracować nad dziękowaniem? - uniesiona brew, dość sugestywnie, bo przecież miała sugerować, że faktycznie tak jest, a panna Marchessi zdecydowanie powinna przemyśleć to karygodne zachowanie. Całkiem możliwe, że takie reakcje były powodem jej samotności, ale tego Marsh nie dodawał już na głos, bo w końcu on wcale nie był lepszy w te klocki. Nie było sensu więc wdawać się w słowną przepychankę, która mogłaby trwać wieki, bo akurat tutaj argumentów im nie zabraknie, chyba nigdy, niestety.
    -Nikt ci nie kazał, nie moja wina, że wizja życia beze mnie cię przerażała - rozłożył bezradnie ręce, a mina mówiła sama za siebie... Marshall realnie był znudzony tym całym podejściem Eden i wytykaniem tego, że go uratowała. On naprawdę to doceniał. Jednoczesnie jednak nie do końca był naprawiony, siostra może nie do końca zdawała sobie sprawę, ale... Sam Marshall już tak. Wiedział jak długo szukał nowego miejsca dla siebie w tej rzeczywistości po Afganistanie, a i tak zatoczył koło... Jedyna różnica była taka, że jest sam i nie umie być z kimś, bo zwyczajnie stwarza niebezpieczeństwo dla drugiej osoby. Tego jednak już Eden raczej nie wiedziała, bo i czym się chwalić? Wystarczy, że ma świadomość jego ciągnącej się terapii. Wystarczy... -Ohoho, może rzadko chodzę na siłownię, ale parę chwytów jeszcze pamiętam i nie zapominaj, że biegam codziennie, ok? Ćwiczę wytrzymałość - powiedział całkiem jasno, zaznaczając, że on jest facetem i ok, może mieć siostrę wielką agentkę, ale bez przesady, trochę szacunku starszym się należy. Ech, Eden zdecydowanie przegapiła chwilę rozdawania kultury osobistej... No, ale co on mógl poradzić? Nawet wkładanie tego siłą, już raczej nic jej nie pomoże, nie w tym wieku. -Nie ma problemu, akurat jestem świeżo po wypłacie, więc możesz zaszaleć z wyborem lokalu - oznajmił z uśmiechem, bo naprawdę liczył na to, że tu się nie będzie burzyć i weźmie na siebie ten ciężar wyboru. No, Eden, wykaż się! -U mnie? Stara bieda. Praca, dom i znów praca. Kontynuujemy badania kliniczne, o których ci mówiłem. To całkiem sporo dodatkowych zajęć. A i ostatnio była u mnie Jackie, oddała mi tę koszulkę Lakersów, którą dostałem od ciebie kiedyś na urodziny, a myślałem, że ją zgubiłem i mnie zabijesz. No właśnie, pogadaliśmy, zjedliśmy coś, obejrzeliśmy film. Chyba się zakumplujemy, nie myślałem, że to będzie możliwe, a tu proszę! A właśnie apropos urodzin... Wiesz już co kupisz matce? Może mi podpowiesz w co celować, hm? - dobra, może gadał o pierdołach, całkiem przyziemnych, ale przynajmniej coś gadał i dawał obraz swojego nędznego życia siostrze. Powinna docenić to, że się tym z nią dzielił. Nie każdy miałby na tyle odwagi, żeby mówić o braku jakichkolwiek przełomowych wydarzeń oraz swoim ograniczonym myśleniem (kwestia z Jackie).




    Eden Marchessi

    straciła partnera, więc rozbija gangi
    i kartele w pojedynkę,
    licząc na odrobinę miłości w swoim życiu
    koreatown



    Eden Marchessi
    I think about you. But I don't say it anymore.
    30
    175 cm wzrostu
    w LA od urodzenia


    2020-07-03, 10:10

    - Nie mów mi jak mam żyć, Marshall, nie jesteśmy dziećmi - wywróciła oczami i prychnęła pod nosem, bo zaczynał uderzać w złe tony i już chciała go po prostu zostawić samego na tej cholernej ulicy. Znajdzie sobie nowe towarzystwo skoro taki milutki i uczynny z niego chłop. - Po pierwsze, koło komplementu to nie stało, drogi bracie, także przemyśl może jak sprzedawać komuś miłe słowa, a dwa, akurat umiem doceniać. W przeciwieństwie do Ciebie - i na to miała żywy dowód, bo nawet jeśli dalej zmagał się z demonami, to żył. niektórzy nie mieli takiego szczęścia, dla niektórych ich siostry nie poleciałyby do Afganistanu, by ratować życie. A on wydawał się zapominać, że jeszcze oddychał i chodził po ziemi dzięki Eden, nie Dex, która wysłała go na cholerną misję i nie chciała wysyłać ekipy ratunkowej, zrzucając go na straty wojenne. - Wiesz, czasem żałuję, że nie zostawiłam Cię w tej cholernej niewoli. Stałeś się zgorzkniałym bucem, Marchessi - zmrużyła oczy, bo skoro on tak twierdził, to nie musiała szczędzić słów. Jej sugerował zmienienie zachowania? Niech zacznie od siebie, bo wyjątkowo miała go dziś za wrzód na dupie i wcale nie podobało jej się dokąd zmierzała ta rozmowa. Założyła ręce na piersi i wpatrywała się w brata nienawistnym spojrzeniem. Kochała go, ale doprowadzał ją też do szału.
    - Aha, bo bieganie Ci pomoże. Eh.. w tym szpitalu to już naprawdę chyba tylko Ci zabierają co potrzeba - stuknęła go palcem w czoło zrobimy sobie sparing kiedyś i o ile Cię wtedy nie zamorduję, to pokażę Ci, kto jest po prostu lepszy - pokazała mu język. On mógł być cudem medycyny, ona natomiast myślała mocno strategicznie, była przygotowana na każdą ewentualność i trenowała, ciągle. Wojsko wyrobiło jej charakter, praca w policji zapewniała systematyczność treningów i tą jego sławną wytrzymałość. Samo cardio nie zrobi z Ciebie boksera. I jeśli uważał ją za wielką agentkę i że miała mieć jakiś szacunek do starszych, to chyba powinni w ogóle przestać rozmawiać. Eden nie znosiła traktowania z góry, nie lubiła mylenia pojęć, ani faktu, że ktoś sam nie szanował jej. Poza tym, był jej bratem, sprzeczali się od małego, także niech nie myśli, że nagle stanie się potulna jak baranek i będzie lizała mu tyłek.
    - Czemu ona w ogóle ją miała - Uniosła brew do góry, ale dalej nie była w humorze, bo cóż, była Włoszką, miała temperament, nie znosiła jak jej brat zachowywał się jak palant i trudno było ją teraz udobruchać, chyba, że pysznym makaronem. - Hm.. ojciec chce jej kupić biżuterię z Cartier, także zajebał mi lekko pomysł - wywróciła oczami - nie wiem, ciężko jej dać cokolwiek, ma kurwa wszystko - westchnęła i przetarła skroń palcami - może szybko jakąś zapłodnisz to damy jej wnuka? Marudzi ciągle o tym, że żadne z nas nie jest udane w związkach - zaśmiała się cicho - znów mnie ustawiła na randkę w ciemno. Byłam, bo i tak nie miałam co robić. Okazało się, że chłopa znam - walnęła się teatralnie w czoło, jak na prawdziwego facepalma przystało.



    poszukiwania



    Marshall Marchessi

    ciągle uczę się
    jak być lepszym,
    ale chyba słabo mi idzie
    malibu



    marshall marchessi
    you can always get up
    trzydzieści pięć lat
    180 cm wzrostu
    w LA od zawsze z przerwami


    Wczoraj 20:25

    A czy nie od tego właśnie są starsi bracia? Nieudane żarty, zarzucanie tematami, które wprowadzają w skrępowanie oraz zażenowanie... Wrzody na tyłku, bo przypominają o sobie w najmniej istotnych momentach. To jedna strona posiadania brata, ale jak widać nieodłączna. I z tego obowiązku Marshall mógł pochwalić się wyśmienitym wywiązywaniem, bo jak widać wciąż dostarczał emocji - czy to w niewoli, czy na wolnej ziemi amerykańskiej, po prostu wnerwiał. Braciszek idealny.
    -Nie kłam... Nie wyobrażałaś sobie życia beze mnie. Nie mogłabyś mnie zostawić. Jesteś moim aniołem, chociaż wolisz wersję diablicy - powiedział, dając jej pstryczka w nos. Może Eden uważała, że Marshall jest niewdzięczny, ale to nieprawda i pomówienie. Doskonale wiedział, kto rzucił wszystko, byle sprowadzić go do domu. Wiedział, że to ogromne poświęcenie oraz odwaga, czego pewnie ona nawet tak nie odczytywała, bo po prostu chciała mu pomóc z miłości siostrzanej. Prawda jest taka... Ze czasem go to krępowało. I zawstydzało. W końcu jest facetem, do tego to on jest starszy, a jednak jego kłopoty były na tyle wielkie, że Eden musiała ryzykować praktycznie wszystkim, własnym życiem, żeby go ocalić. Dosłownie wskoczyła za niego w ogień. Starszy Marchessi też zawsze był na to gotowy, nie tylko po to, by się odwdzięczyć za pomoc okazaną przez siostrę, ale po prostu... A jednak przez lata wyszło, że to on jest tym, kto bardziej z ich dwójki pakuje się w tarapaty bez wyjścia. To on potrzebował więcej pomocy. I choć to głupie, to czuł, że ma niespłacony dług u siostrzyczki. To też wprowadzało pewien dyskomfort do ich relacji, ale... O tym Marsh nie mówił głośno, bo i po co. W ogóle nie lubił mówić o niewygodnych dla niego sprawach. To sobie je przemilczał. Doskonała taktyka, czyż nie?
    -Ty nigdy nic co lubisz nie zostawiłaś u jakiegoś faceta, z którym kiedyś byłaś, po prostu przez roztargnienie? - niech pierwsza rzuci kamieniem skoro tak, bo nie wierzył w to, ze mogło być inaczej. Właściwie to Marshall sam nie pamiętał, jak do tego doszło, ale pewnie byli na jakimś meczu razem, później nocowali u Harvick i cóż.. Zapomniało się - bywa. Naprawdę, nic nowego. Marshall miał tendencję do gubienia rzeczy. W ogóle to całkiem sporo wad miał ten mężczyzna... Aż dziw, że raz prawie doszło do ślubu, a teraz ktoś mógł za nim tęsknić. Niepojęte rzeczy. -Myślisz, że przypadkowe zapłodnienie przebije cokolwiek? Puknij się w czoło, a skoro to taki genialny pomysł, to proszę bardzo, leć i rozkładaj przed kimś nogi. Myślę, że nie robi mamie różnicy, kto da jej tego wnuka, ważne, żeby było dziecko - prychnął urażony, bo niby czemu to on miał stawać pierwszy w kolejce do zapładniania? O ile się nie mylił ich statusy związków były tak samo beznadziejne, więc szanse mieli równe. Mogli więc spokojnie stawać do konkurencji, wyścigu czy coś... Gdyby chcieli, bo to chyba oczywsite, że żadnemu takie atrakcje w głowie. -Chłopa znasz i nie trawisz? Jak było? Tak źle jak sugeruje cała twoja gestykulacja, a może gorzej? - zapytał nieco zainteresowany, bo to w końcu o wiele więcej w sferze uczuciowej niż u niego. On nie robił nic. Absolutnie nic. Tylko spotkał się ze swoją byłą, ale tego nie planował więc wciąż... Nic. Może jednak byłby na straconej pozycji w ewentualnym wyścigu o to kto zdobędzie tytuł najlepszego dziecka, bo da wnuka? Cholera... Jakże to straszne!




    Wyświetl posty z ostatnich:   
    Odpowiedz do tematu
    Nie możesz pisać nowych tematów
    Nie możesz odpowiadać w tematach
    Nie możesz zmieniać swoich postów
    Nie możesz usuwać swoich postów
    Nie możesz głosować w ankietach
    Nie możesz załączać plików na tym forum
    Możesz ściągać załączniki na tym forum
    Dodaj temat do Ulubionych
    Wersja do druku

    Skocz do: