• Cześć! Jesteś u nas po raz pierwszy? Zerknij do przewodnika.
  • Świętujemy pierwsze urodziny Angeltown! O urodzinowych zmianach i niespodziankach przeczytasz w najnowszym ogłoszeniu.
  • O urodzinowych zabawach i zmianach w administracji przeczytacie w najnowszym ogłoszeniu.
  • Przypominamy, że w tym temacie macie szansę odebrać urodzinowy prezent, który dla Was przygotowałyśmy!
  • Coś nie działa? Wykonaj twardy reset! Wciąż nie działa? Daj nam znać!
  • up
    down



    Autor Wiadomość
    sawyer bowden

    grafik w agencji reklamowej
    you wanted fire?
    sorry, my speciality is ice





    2020-06-05, 00:52

    sawyer bowden
    carlson young
    basics

    data urodzenia

    29/10/1990

    miejsce urodzenia

    illinois, chicago

    stan cywilny

    jeszcze żaden kandydat godny jej uwagi się nie pojawił

    orientacja

    skłania się ku mężczyznom, mimo, że w 99% nimi gardzi

    zajęcie

    grafik, może przemeblować ci twarz w photoshopie jeśli zapłacisz

    miejsce pracy

    agencja reklamowa tomorrow

    dzielnica

    malibu

    wyznanie

    nie wierzy w żadne siły nadprzyrodzone

    grupa

    breakfast at tiffany's

    about me
    Kiedyś rozbiłam lustro. Byłam mała, miałam wrażliwość dziecka i ciekawiło mnie wszystko, co było wokół mnie. Wszystkiego musiałam dotknąć. Nie słuchałam się, byłam niegrzeczna i robiłam wszystko to, czego zabraniali mi rodzice. Łamałam zasady. Nadal to robię. Mocno, bez oglądania się za siebie. Ryzykowałam. Wtedy, kiedy zbiłam lustro, był to pierwszy raz. Zapoczątkował on kolejne razy, kiedy nie byłam posłuszna i pokazywałam losowi środkowy palec.

    Lustro się stłukło, a ja do tej pory pamiętam jaką miałam porozcinaną skórę na swoich drobnych dłoniach, widok krwi na nich i na odłamkach. Nie wystraszyłam się wtedy, nie bałam się, nie poczułam nic. Nie rozumiałam, co się stało, ale czułam wewnętrznie, jakbym coś straciła. I było mi smutno. Z powodu głupiego, stłuczonego lustra. Kiedy dorosłam, zrozumiałam, że jednak tkwił w tym jakiś sens — słyszeliście kiedyś opowieść o lustrze, które wypadło ze złotej ramy i rozbiło się na milion małych kawałków? Każdy z nich zawierał coś innego. Rozbite kawałki były uczuciami. Złością, smutkiem, czułością, troską, chwilą szczęścia. Każdy z nas jest wyposażony w bagaż takich odczuć. Oczywiście, nie wszystkich. Jedni posyłają nam wymowne, wrogie spojrzenia, inni wyrażają ciepło przez podawanie nam własnego serca na dłoni. Najgorzej jednak, kiedy w sobie masz więcej tych odłamków ich moc się kumuluje, pęka jak szkło, a ty... czujesz się zagubiony.

    Dokładnie jak ja, kiedy pewnego dnia naszych rodziców nie było i razem z moją siostrą bliźniaczką urządziłyśmy w naszym domu mocno skrapianą alkoholem imprezę dla naszych znajomych. Wypiłyśmy za dużo, zbyt wiele. Zbyt wiele na to, żeby wybierać się potem całą grupą nad jezioro, zbyt wiele, by uznać, że skakanie na główkę za świetny pomysł. Przecież nikt nie pomyślał wtedy, że to może tak tragicznie się skończyć, prawda? Byliśmy przecież tylko głupimi szczeniakami. Śmialiśmy się, rechotaliśmy, a w następnej sekundzie zawalił się cały nasz świat. Przynajmniej mój się zawalił. Wszystko runęło, fundamenty się zawaliły, grzmotnęły z łoskotem o ziemię.

    Po śmierci mojej siostry wszyscy wyjechaliśmy do Los Angeles. Byłam pękniętym lustrem z opowieści, które ktoś musiał posklejać. Dużo ludzi próbowało. Moi rodzice, moja ciotka Joss, mój psychoterapeuta, ale nikt nie potrafił. Byłam rozdarta, roztrzaskana na kawałki, tam gdzieś, w środku, chociaż nikt tego nie widział. Wtedy zrozumiałam, że byliśmy lustrami, ale kiedy rozsypywaliśmy się w środku, tego nikt nie był w stanie zobaczyć. Mogliśmy udawać, że wszystko jest w porządku, mamić ludzi, manipulować nimi, okłamywać ich. I ja to robiłam. Udawałam, że wszystko jest okej i wychodziło mi to świetnie.

    Póki nie skończyłam osiemnastu lat, wydawało mi się, że mogę zwojować świat. Byłam przebojowa, żądna przygód i całkowicie pochłaniało mi to czas. Czasami przerażało mnie to, jak świetnie wychodziło mi to udawanie. Potrafiłam zamaskować wszystko, wywoływać, byłam elastyczna. Nie poddawałam się tak łatwo emocjom, ale jeśli chciałam to miałam je wszystkie, zupełnie od ręki. Nauczyłam się je kontrolować. Poznałam też kilka innych luster, jedne bardziej przyjazne, inne nie, pęknięte przy krawędziach albo całkiem gładkie. Gdy wyprowadziłam się z domu i zaczęłam studia wtedy zaczęło się moje prawdziwe życie. Chodziłam na zajęcia, byłam na stażu w agencji reklamowej, a w każdy weekend, żeby odreagować wlewałam w siebie litry alkoholu, paliłam papierosy, zerowałam, tańczyłam i robiłam wszystko, by zapomnieć, że jestem rozbitym lustrem. Całkiem dobrze mi to szło, póki nie przychodził początek tygodnia. Potem wszystko wracało, rzeczywistość kopała cię w brzuch, przypominała o sobie i trzeba było wrócić. A ja tak bardzo chciałam zniknąć. Tak po prostu.

    W tym okresie doświadczyłam wielu burzliwych związków. Były one całkowicie ulotne, tylko na chwilę, czasami nawet tylko na jedną noc. Nie szukałam miłości, nie chciałam jej. Nie chciałam do nikogo się przywiązywać, nie chciałam, żeby ktoś spowodował we mnie kolejne pęknięcia. Tak było po prostu wygodnie. Może byłam wyrachowana, może byłam zimna, ale tak było prościej. Rola femme fatal była łatwa do ogrywania. Nie było uczuć, niczego, co mogłoby mnie z kimś związać. I to nie tak, że się bałam — bo nie bałam się niczego, jednak uważałam, że takie uczucia były mi zupełnie niepotrzebne do życia. Były jak słabość. Ja chciałam się jej pozbyć.

    Jedną z takich słabości był Murphy, chociaż prędzej odpadłby mi język, nim bym się do tego przyznała. Nasza historia sięgała już liceum, była strasznie burzliwa, chaotyczna i pełna gniewu. Tak na dobrą sprawę to darzyłam go gorącym uczuciem; tyle, że był to gniew, który wypełniał mnie całą, spływał nawet po czubki moich palców. Tylko on potrafił wyprowadzić mnie z równowagi i sprawić, że czułam się tak, jakby walił mi się grunt pod nogami, chociaż w żadnym wypadku starałam się tego nie okazywać. Pokazanie drugiemu człowiekowi, jak się łamiesz pod jego wpływem było najgorszą i najgłupszą rzeczą, jaką mogłeś zrobić. Zwykle jeśli nasza rozmowa nie kończyła się kłótnią tylko zwykłymi dogryzaniem sobie i przekomarzankami, to był jakiś ósmy cud świata. Byliśmy jednak wręcz zmuszeni do tego, by ze sobą trzymać, bo mieliśmy wspólną grupę przyjaciół i znajomych. Żadne z nas jednak przez te wszystkie lata nie wpadło na to, by zakończyć ten głupi spór, który tak naprawdę wziął się znikąd i donikąd prowadził. Nie mieliśmy większego powodu, by tak bardzo się nienawidzić, jednak zawsze w jego towarzystwie czułam się tak, jakby powietrze wzrastało do czterdziestu stopni, ciało napinało się jak struna, serce waliło mi jak młotem; nienawidziłam go tak bardzo, że czasami zapierało mi dech.

    Często razem imprezowaliśmy. Czy to za czasów liceum, czy też studiów. Niestety, alkohol nie działał na nas tak, że byliśmy potulni, kleiliśmy się do siebie czy spijaliśmy sobie z dzióbków. Czasami bywało nawet gorzej, niż normalnie, byliśmy nie do wytrzymania i nie wiem jak nasi przyjaciele byli w stanie to znosić przez cały czas. Pewnego razu było jednak inaczej. Nie pamiętam kto zaczął pierwszy ani jak do tego doszło, dlaczego to w ogóle się stało. Byliśmy pijani, ta impreza nie różniła się niczym od tych innych, ale alkohol zamieszał nam w głowach na tyle, że po prostu… to się stało. Nie chciałam się do tego przyznawać, ale czułam, jakby coś się zmieniło — jakby pod tą grubą warstwą nienawiści obudziło się coś, o czym pojęcia nie miałam, że w ogóle istniało, ale starałam się to uczucie zdusić w zarodku, brzydziłam się nim. To nie była nagle budząca się sympatia w stosunku do Murphy’ ego, żadna nagle objawiona miłość, nic z tych rzeczy. Nadal go nienawidziłam. A siebie jeszcze bardziej za to, że to co zrobiliśmy, mi się podobało. A ja przecież wcale tego nie chciałam. I wtedy wszystko się pokomplikowało.

    Po wszystkim starałam się go unikać na tyle, ile tylko mogłam. Nie chciałam oglądać jego parszywej gęby, która tylko o wszystkim mi przypominała. Wkrótce nasza paczka i tak się samoistnie rozpadła (może to i dobrze), a każdy z nas skupił się na swoim już dorosłym życiu w którym nie było już tyle miejsca ani czasu na takie wybryki. Kontakty ucichły, każdy podążył w swoim kierunku. Skończyłam studia, potem zaczęłam pracę w agencji, w której miałam staż, wszystko powoli się układało. Cegła po cegle, dążyłam do wytyczonych celów. W końcu mogłam przyznać, że było mi dobrze, właśnie w takim stanie. Życie singielki mnie satysfakcjonowało, w pełni skupiałam się na swojej pracy, niczego mi nie było trzeba, a na pewno nie żadnych zobowiązań. Odcięłam się całkowicie od swojej przeszłości, tego, co było kiedyś i zaczęłam na nowo. I było mi dobrze, jednak prawdopodobnie aż za dobrze skoro wszystko pewnego dnia postanowiło się spieprzyć. Przynajmniej do momentu w którym nie spotkałam Murphy’ego ponownie.

    Nie, nie było to spotkanie w kolejce po bułki, nie była to kolejka w żadnym spożywczaku, w metrze, na przejściu, nic z tych rzeczy. Naprawdę wszystko bym oddała za to, żeby to właśnie tak wyglądało. Zwyczajne spotkanie. Oboje byliśmy już dorośli, już dawno przekroczyliśmy wiek dorosły, więc może teraz bylibyśmy na tyle dojrzali, by móc się dogadać albo przestać patrzeć na siebie spode łba. Nie wiem jednak, czy naprawdę by tak było, bo stało się to chyba w najgorszy sposób, jaki tylko mogło. Pewnego dnia, dość późno w nocy, wracałam ze spotkania z moją przyjaciółką i zupełnie niemądrze zamiast wziąć ubera czy zamówić taksówkę, usiadłam za kierownicą swojego nowiutkiego auta. Byłam pijana, a droga, którą jechałam była ciemna, nie widziałam zupełnie nic, jak i człowieka, który wpadł pod mój samochód. Mój umysł otrzeźwiał dokładnie w momencie, gdy w niego uderzyłam — od razu wypadłam z auta, przerażona, by sprawdzić, czy coś mu się stało, a co ważniejsze, czy jeszcze żył. Wtem, niedaleko, zobaczyłam nadjeżdżające auto. Struchlałam. Nie wiedziałam, że osobą, która nim jechała był on i że mnie widział. I to był ten moment w którym spanikowałam. Nie wiem co sobie wtedy myślałam, ale na pewno nie o tym, co zrobić powinnam. Czyli zostać tam, wezwać karetkę, przyznać się do tego, co zrobiłam, a po prostu uciekłam. Jak tchórz. Odjechałam z piskiem opon. Nie wiedziałam, że to był on, że zatrzymał się by sprawdzić, co się stało. Został tam sam, z nim. Dlatego to jego podejrzewali. To on poszedł za to siedzieć, nie ja.

    Znowu czułam się jakby coś we mnie pękło, roztrzaskało się, popękało wyraźnie na krawędziach. Nie dość, że mogłam kogoś zabić to jeszcze wsadziłam mojego największego wroga do więzienia — tego nie dało się tak łatwo wymazać, przejść do porządku dziennego i normalnie żyć. Choć udawałam. Próbowałam udawać, bo przecież w udawaniu zawsze byłam najlepsza. Wiedziałam, że kiedyś konsekwencje tego mnie dopadną i wtedy rozsypię się na tyle, że nie będzie czego zbierać. Na miliony drobnych kawałeczków, których nie będzie w stanie znaleźć nikt, nawet ja sama. Ale trzeba było udawać. Pięknie udawać, grać, jakby to był film albo teatr. Trzeba było przywdziać nową rolę i twarz, bo co innego mi pozostało?
    more

    wzrost

    157 cm

    znaki szczególne

    pieprzyk na prawym policzku, dość niski wzrost

    choroby

    wieku dziecięcego, chroniczna bezsenność, pedantyzm

    przyjmowane leki

    sporadycznie przeciwbólowe, nasenne, czasami meliska na uspokojenie nerwów

    ubezpieczenie

    podstawowe

    kartoteka

    niekarany

    player

    imie / nick

    alinka

    czas / osoba

    czas przeszły w osobie trzeciej

    18+

    tak

    kontakt

    PW




    Angeltown

    memories and mountain tops
    drunk on sunset boulevard
    with the city of angels singing on
    santa monica



    angeltown
    those blue skies day after day, it's not so bad in LA
    z wami już od roku!
    160 cm wzrostu
    w LA od początku


    2020-06-07, 15:50

    akcept!
    Twoja karta została oficjalnie zaakceptowana, od tego momentu masz trzy dni na napisanie posta. Możesz założyć wszystkie tematy potrzebne do prowadzenia postaci i zacząć grę!

    Status majątkowy przyznany Twojej postaci podczas sprawdzania karty to:

    klasa pracująca

    Na podstawie tego statusu możesz wybrać miejsce zamieszkania dla swojej postaci. Miłej gry!



    Wyświetl posty z ostatnich:   
    Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
    Nie możesz pisać nowych tematów
    Nie możesz odpowiadać w tematach
    Nie możesz zmieniać swoich postów
    Nie możesz usuwać swoich postów
    Nie możesz głosować w ankietach
    Nie możesz załączać plików na tym forum
    Możesz ściągać załączniki na tym forum
    Dodaj temat do Ulubionych
    Wersja do druku

    Skocz do: